Przejdź do głównej zawartości

Pamiętnik Bruma (5): Witaj na Marsie




Drugiego dnia praktyk w telewizji Sikhów pokonałem strome schody i następnie wąskim korytarzem na lewo udałem się w stronę reżyserki. Na fotelu przy komputerze siedział Jagjit, kierownik produkcji. Karnacja z Półwyspu Indyjskiego, broda, turban, polo t-shirt i dżinsy. Wiek ok. 30 lat. Sikh.

- Jagjit, dużo jest Sikhów w Birmingham? – zapytałem wciąż nieświadomy miejsca, w którym od dwóch dni przebywam

- Tak, sporo, sporo – odparł Jagjit, z uśmiechem na twarzy oraz, gdzieś z tyłu głowy, z przekonaniem, że ten student z Polski jeszcze nie do końca wie, gdzie się znajduje

Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że jestem na Marsie.

Sikh Channel TV, niewielka, religijna telewizja mniejszości religijnej wyznawców sikhizmu w Wielkej Brytanii operowała na platformie SKY. Osadzona w dzielnicy Aston w Birmingham była jednak dla mnie osobną planetą. Była moim Marsem. Nagle znalazłem się w kompletnie nieznanej mi kulturze, wśród ludzi porozumiewających się głównie w językach pendżabskim i hindu. Zanurzyłem się w kulturze sikhizmu.

Sikhizm został stworzony w XV wieku przez Guru Nanaka. Prawda, moralność, samokontrola, czystość i zjednoczenie z Bogiem to pożądane cechy wyznawców, czyli Sikhów. Ta pokojowa religia łączy elementy islamu i hinduizmu. Z islamu pochodzi obraz Boga, pozbawionego wcieleń i określonego wizerunku, z hinduizmu z kolei zaczerpnięto elementy medytacji i wiarę w reinkarnację. Początki tej religii to znajdujący się w dzisiejszych północnych Indiach Pendżab, a liczba wiernych na całym świecie wynosi ok. 30 milionów.

Sikhizm jest religią bardzo wyrazistą, bo jej wyznawców charakteryzuje „Pięć K” (K od khalsa, czyli „czystość”), czyli pięć symboli:

Kesa – długie, niestrzyżone włosy, skrywane pod turbanem

Kangha – mały, drewniany grzebień

Kaććh – krótkie spodenki z bawełny, noszone pod ubraniem

Kirpan – żelazny sztylet do obrony własnej (Sikhowie przez lata byli prześladowani)

Kara – stalowa brazoletka, przypominająca o jedności z Bogiem

Sikh nosi więc turban i zazwyczaj posiada brodę, dłuższą lub krótszą. Ich wygląd często przysparza kłopotów, bo są wielokrotnie myleni z wyznawcami islamu, a stamtąd już bardzo krótka droga do potencjalnych terrorystów. Sikhowie na lotniskach często są zmuszani co zdjęcia turbanu, co dla nich jest dużą traumą i naruszeniem uczuć religijnych. Sikha łatwo rozpoznać także po charakterystycznych danych osobowych: każdy mężczyzna ma na nazwisko Singh (czyli lew) a każda kobiet to Kaur (księżniczka).

Wyznawcy sikhizmu gromadzą się w świątyniach, czyli gurdwarach. Ta składa się z części głównej, czyli modlitewnej oraz ze stołówki, gdzie wierni spożywają przyniesione wcześniej posiłki. Wszędzie rzecz jasna pełno podobizn starszego faceta z długą, siwą brodą, czyli Guru Nanaka. Wejście do gurdwary wymaga nakrycia głowy oraz zdjęcia obuwia. Na Wyspach jest ich mnóstwo. Podczas praktyk odwiedziłem ich kilkanaście, w kilkunastu miastach: Birmingham (kilka), Dudley, Walsall, Wolverhampton, Smethwick, Slough, Hitchin, Leicester, Leeds i Dundee.

Rolą naszej telewizji było zdanie relacji z religijnych uroczystości w świątyniach. Z racji mojej oraz pozostałych studentów nieznajomości języka pendżabskiego, nie mieliśmy szans wystąpić przed kamerą. Nasze zadanie ograniczało się więc do przebywania po tej drugiej stronie. Byliśmy kamerzystami, dźwigaliśmy sprzęt, wiecznie zwijaliśmy i rozwijaliśmy kable. Uczyliśmy się odpowiedzialności i współpracy z ludźmi z odmiennej dla Europejczyków kultury. Różnice kulturowe były jak kłody rzucane pod nogi, właściwie każdego dnia.

Sikhowie różnią się od siebie bardzo. Część z nich jest wręcz ortodoksyjna i do sali modlitw, koniecznie wyłożonej dywanem lub innym materiałem wchodzi boso, w tradycyjnych strojach, długiej brodzie i z potężnym Kirpanem u boku. Kirpan, czyli sztylet z „Pięć K”, właściwie przemieniał się w jakąś pokaźną szablę. Inni Sikhowie z kolei byli mniej restrykcyjni. Broda krótsza, zamiast turbanu nakrycie głowy w postaci chusty. Ci najczęściej byli z drugiego pokolenia, wychowanego już w Anglii, mówiącego pięknym, lokalnym akcentem. Kirpan u boku często był za to zastępowany iPhonem w dłoni. Przyjezdni Sikhowie z kolei porozumiewali się po angielsku bardzo różnie. Poznałem takich, którzy mówili nieźle, ale i takich, co znali ledwie kilka słów.

Przywyknięcie do mocnego akcentu prosto z Półwyspu Indyjskiego to tylko przedsionek do prawdziwych kłopotów. Sikhowie nie przepadają za planowaniem, układaniem terminarzy, grafików. Często działają impulsywnie, z miejsca. To spora przeszkoda w prowadzeniu telewizji, o czym przekonałem się nie raz.

Nie dwa.

I nie trzy.

Pewnego razu, w swoich pierwszych tygodniach w telewizji, mieliśmy wejść na żywo. Przyszli goście, zasiedli przed okiem kamery. Zostałem postawiony po drugiej stronie i na MINUTĘ przed wejściem live otrzymałem przyśpieszony kurs obsługi sprzętu. Efekt? Trzęsące się ręce i drgający przekaz obrazu. NNikt się jednak tym, poza mną, za bardzo nie przejął.

Inna sytuacja. Znowu program na żywo. Trójka gości. Kamery ogarnięte, niecałe pięć minut do wejścia na żywo. Nagle do studia wparowuje kierownik i obwieszcza, że będzie więcej gości. Po chwili stałem już na drabinie, ściągając z półki pod sufitem krzesełka. Dużo krzesełek. Okazało się, że nasze niewielkie studio odwiedziło ok. 30 dodatkowych osób! Czas wejścia na antenę? Nie przejmuj się tym.

W telewizji każda niedbałość o szczegóły oznacza, prędzej czy później, perturbacje na wizji. Pewnego dnia obserwowaliśmy program z reżyserki. Jeden z ekspertów w długiej, białej szacie był słabo słyszalny. Okazało się, że bateria w jego mikroporcie była na wyczerpaniu. Moment później byłem już w studiu na czworakach, uchylając się przed wzrokiem kamery oraz unikając czerwonego punktu, który wskazywał która z nich podaje w tym momencie obraz w telewizji. Czerwony punkt był niczym laserowy celownik snajpera, podążanie za nim oznaczało śmierć. Omijając przeszkody dotarłem do starszego faceta w białej szacie. Ten szybkim ruchem przekazał mi z tyłu swój mikroport, a ja równie błyskawicznie podałem mu kolejny, ze „zdrową” baterią. Nikt się nie zorientował. Magia telewizji na Marsie.

Poza studiem nie było lepiej. Często nieokreślony czas stania za kamerą, nieoczekiwana zmiana planów i zamiast powrotu do studia, szybki wypad na kręcenie w kolejne, na szczęście nie tak odległe miejsce. Czasami kończyło się niespodzianką. Po wejściu do studia i pewności spędzenia dnia na miejscu, otrzymywaliśmy propozycję wyjazdu do Londynu.

Fajnie, prawda?

Jest jednak pewien haczyk. Londynem było położone na dalekich przedmieściach niewielkie miasteczko o nazwie Hitchen. A wyjazd miał mieć miejsce teraz, zaraz, już. No dawaj! To przecież tylko cztery godziny w jedną stronę, zjesz kiedy indziej. Numer z wciskaniem wyjazdu do Londynu na pasjonującą wyprawę jeszcze parokrotnie się powtórzył, ale nie daliśmy – jako studenci – więcej razy się nabrać. Nikt już siłą do tego smętnego Hitchen nie był w stanie nas zaciągnąć.

Innym razem, późny wieczór. Jesteśmy w drodze z miasta do domu. Nagle telefon i informacja, że jutro wcześnie rano dwójka z nas ma asystować w kręceniu modlitw w szkockim Dundee. To osiem godzin samochodem od Birmingham. Przydałyby się zapasy jedzenia i picia. Czas na zaopatrzenie pozostał jednak limitowany.

Chaotycznie bywało także w sferze prywatnej. Poprosiliśmy pewnego dnia o założenie internetu w naszym domu. Pewnie, nie ma problemu. Będzie na dniach. No i był, ale kilka tygodni później.

Bywało też nerwowo. W studiu zadzwonił mój telefon. Po drugiej stronie przejęty głos Danny’ego, studenta z Węgier, który akurat miał tego dnia wolne i był w domu.

- Ktoś puka do drzwi! Nie znam tych ludzi! Czarnoskórzy, wysocy, dobrze zbudowani. Mówią, że przyszli po jakieś rzeczy z piętra – powiedział po angielsku Danny, ze swoim charakterystycznym niemieckim „r”

-  Nie wpuszczaj – odparłem krótko

Kilka chwil później telefon dzwoni ponownie. Tym razem to Sikh, który odpowiadał za zarządzanie naszym domem. Był wściekły. Skarżył się, że nie wpuściliśmy do środka jego ludzi, którzy mieli uporządkować zagracone piętro. Ubolewał, że teraz (2012 rok – przyp.) przecież tak ciężko znaleźć dobrych ludzi do pomocy.

Oczywiście nie wiedzieliśmy, że ktoś ma się zjawić. Żadnej informacji. Znowu impuls, znowu sytuacja jest zbyt dynamiczna by nas, studentów z kontynentalnej Europy, o tym poinformować.

Praca z Sikhami to nauka cierpliwości. Męczą was długie kolejki w ZUS-ie albo w banku lub na poczcie? Nie wiecie co to życie. Nie staliście godzinami za kamerą, nasłuchując religijnych pieśni w języku pendżabskim. Pieśni, które miały mieć swój koniec, ale nikt nie potrafił powiedzieć nam kiedy. Słyszane w końcu na słuchawkach „Ok, finish” grało w uszach jak najpiękniejsza melodia, wysłuchany SOS z wołaniem o ratunek.

Tak, w angielskim „Little India” bywało ciężko. Dało się jednak wytrzymać, bo Mars fascynował. Był zupełnie innym miejscem niż Polska, jaką znałem. To był czas podróży po Wyspach, poznawania nowych miejsc, doceniania pięknych szkockich krajobrazów. Każdego dnia byłem czymś zaskoczony. Nie zawsze pozytywnie, ale na pewno nie mogłem narzekać na nudę – przede wszystkim dzięki świetnym ludziom wokół. Ale o nich wkrótce.

  

 PAMIĘTNIK BRUMA (4): F****g Eastern Europe

 

 

 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Cytat #4, #5, #6: Delhi. Stolica ze złota i snu

Cytaty z reportażu "Delhi. Stolica ze złota i snu", autorstwa Rany Desgupty. "Kiedy w Indiach jest północ, świat nie śpi. Kiedy w Indiach jest północ, w Londynie przychodzi pora na herbatę, w San Francisco zaś na capuccino. I jak się okazało po 1991 roku, na tym podstawowym fakcie można zarobić miliardy dolarów". "Powiada się czasem, że są ludzie, którzy chcą być kochani przez jedną osobę, inni, których musi kochać wiele osób i jeszcze inni, których musi kochać cały świat. Najwyraźniej jednak nawet dla tych ostatnich dopiero miłość jednej osoby stanowi należyte ucieleśnienie adoracji tłumów". "Jej aromat przepełnił biuro i galerie handlowe, a brązowa ciecz popłynęła żyłami młodego, niewyspanego pokolenia, którego członkowie najczęściej wcale jej nie pili, lecz wzorem swoich amerykańskich rówieśników, ssali ją przez słomkę z zamkniętych, bezwonnych pojemników, jakby karmieni plastikową piersią kapitalizmu".

Pamiętnik Bruma (3): Sześć wstrząsających dni

Pan Kumar, dwóch jego rodaków i ja. Ściśnięci w kabinie kierowcy białego minivana wjechaliśmy po kilkunastu minutach w sam środek labiryntu typowo anglosaskich domów. Cicha, zielona, przyjemna okolica. „To tu będziesz mieszkać, ale jeszcze nie teraz. To miejsce nie jest jeszcze gotowe” – rzekł jeden z moich towarzyszy. Weszliśmy do środka budynku mieszkalnego z czerwonego cegły. Rzeczywiście, w środku było niewesoło. Bałagan, ubytki w umeblowaniu, góry kurzu, zagracone piętro, porośnięty chwastami ogród. I do tego stary materac, który zabraliśmy ze sobą, bo wkrótce miał stać się kluczowym elementem mojego legowiska. Ruszyliśmy dalej, do miejsca mojego tymczasowego pobytu. Ruszyliśmy w kierunku Handsworth. To dzielnica niemal przyklejona do centrum Birmingham. Jej industrialny charakter nie jest przypadkowy. Do XVIII wieku była to niewielka wioska. Później jej rozwój w gęstą sieć zabudowań był związany z rewolucją przemysłową. Handsworth stało się dzielnicą robotni...

Gdzie się Pan widzi za pięć lat? Jak porwał mnie „Zakładnik”

Nowy, francuski serial Netflixa ma sześć odcinków. Trudno mówić o dłużyźnie. Tym bardziej, że to bardzo dobry serial. „Gdzie się Pan widzi za pięć lat?” To pytanie pada często, ale nie w piłkarskiej szatni po kolejnym sezonie, a raczej w szklanym biurowcu podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Dlatego też gdy w 1997 roku Francuz Eric Cantona, legendarny piłkarz Manchesteru United, zawieszał buty na kołku w wieku ledwie 31 lat, prawdopodobnie nikt nie zadał mu tego pytania. Angielski „The Independent” zapytał go za to po jakimś czasie o zakończenie kariery: „Kochałem ten sport, ale straciłem żar, który kazał mi kłaść się wcześnie spać, nie wychodzić na miasto ze znajomymi, nie pić i nie robić wielu innych rzeczy, które uwielbiam w życiu robić”. Cantona nie dał o sobie zapomnieć. Wciąż spogląda z ekranu, ale zieloną murawę zastąpił planem zdjęciowym. Okazało się, że wśród tych wielu innych rzeczy, które uwielbia w życiu jest aktorstwo. W „Zakładniku” wciela się w Alaina Delaimbre’a, ...