Pan Kumar, dwóch
jego rodaków i ja. Ściśnięci w kabinie kierowcy białego minivana wjechaliśmy po
kilkunastu minutach w sam środek labiryntu typowo anglosaskich domów. Cicha, zielona,
przyjemna okolica. „To tu będziesz mieszkać, ale jeszcze nie teraz. To miejsce
nie jest jeszcze gotowe” – rzekł jeden z moich towarzyszy. Weszliśmy do środka budynku
mieszkalnego z czerwonego cegły. Rzeczywiście, w środku było niewesoło.
Bałagan, ubytki w umeblowaniu, góry kurzu, zagracone piętro, porośnięty
chwastami ogród. I do tego stary materac, który zabraliśmy ze sobą, bo wkrótce
miał stać się kluczowym elementem mojego legowiska. Ruszyliśmy dalej, do
miejsca mojego tymczasowego pobytu.
Ruszyliśmy w
kierunku Handsworth.
To dzielnica
niemal przyklejona do centrum Birmingham. Jej industrialny charakter nie jest
przypadkowy. Do XVIII wieku była to niewielka wioska. Później jej rozwój w
gęstą sieć zabudowań był związany z rewolucją przemysłową. Handsworth stało się
dzielnicą robotniczą, podczas II Wojny Światowej miejscem osiedlania się
ludności z Karaibów, masowo zatrudnianych m.in. w fabrykach amunicji. Po wojnie kraj wciąż potrzebował rąk do
pracy. Do karaibskiego Handsworth zawitali Sikhowie, którzy pracowali w
odlewniach oraz na liniach produkcyjnych w przemyśle motoryzacyjnym.
Soho Road to
długa, stroma ulica handlowa w sercu Handsworth. Wokół w nieskończoność ciągną
się sklepy usługowe, stragany i bazary. To właśnie przy tej ulicy znajdowała
się wiekowa kamienica ze złotym szyldem „Sofa Factory”, a w środku mieściło się
biuro jednego z Sikhów, do którego mnie zaprowadzono. Miły, starszy pan
przekazał klucze panu Kumarowi, a ten poprowadził mnie do mojego lokum.
"Sofa Factory"
Do dziś nie
bardzo wiem czym była „Sofa Factory”. Wydaje się, że czymś w rodzaju taniego
motelu, podrzędnego pensjonatu dla robotników. Obok zlokalizowana była myjnia
samochodowa, a za budynkiem wyrastała świątynia Sikhów, czyli gurdwara, miejsce modlitw, lokalny
kościół. Mój pokój znajdował się w głębi zabudowania. Wchodziło się od zapuszczonego
podwórza. Drzwi wejściowe bardziej przypominały te do obory, niż do motelu.
Strome schody i wąski korytarz prowadziły do skromnego pomieszczenia, wielkości
połowy kawalerki. W środku brud, stara kołdra bez poszewki, drobny aneks
kuchenny z zepsutym czajnikiem i mikroskopijna łazienka, na szczęście z
działającą spłuczką. Do tego widok z okna na dach z blachy falistej,
ograniczającej widoczność do szczytu sąsiedniego budynku. Pan Kumar przytaskał
z minivana mój materac. Uśmiechem chciał zademonstrować swoją troskę, pozytywne
nastawienie. Nie chciałby żebym się martwił. Nie jest przecież tak źle, a już
na pewno będzie tylko lepiej.
Dla mnie gorzej
być nie mogło.
Sam w obcym
kraju, w ruderze (za którą szczęśliwie nie musiałem płacić), bez asysty i
pomocy przechodziłem kryzys. Nie tak wyobrażałem sobie moje praktyki studenckie
w Wielkiej Brytanii. Problemy z lokum, właściwie zerowe zainteresowanie
opiekunów z miejsca praktyk, czyli z telewizji Sikh Channel, brak innych
studentów. Wysłałem rozpaczliwego SMS-a (jest rok 2012) do domu, a po nim
nastąpiła dramatyczna rozmowa telefoniczna z rodziną w Polsce. Bardzo droga, bo
wciąż z polskiej karty. Jedyne o czym myślałem, to powrót do kraju.
Gurdwara, czyli świątynia Sikhów przy Soho Road (na tyłach "Sofa Factory")
Dzień później
wsiadłem w czerwono-biało-granatowy double
decker. To typowa kolorystyka piętrowych autobusów w tej części Anglii,
czyli nieco inna od znanej z pocztówek i reklamówek czerwieni ich londyńskich
odpowiedników. Po kilkunastu minutach znalazłem się w centrum, a po przesiadce
i kilku przystankach wysiadłem w Aston, zaraz obok biura telewizji. Na miejscu
nie mieli dla mnie jeszcze zadań, a ja, wciąż mocno zestresowany swoim
położeniem, zacząłem w akcie desperacji szukać mieszkania na wynajem na stronie
Polonii zamieszkującej Birmingham.
W drodze na
przystanek poznawałem okolicę. Mnóstwo czarnoskórych i Azjatów, praktycznie
brak białych. Poczułem się zagubiony, to był dla mnie nowy świat. Popytałem w
telewizji o Handsworth, gdzieś wyczytałem, że rok wcześniej, w 2011 roku, były
tam zamieszki. Pamiętam doskonale słowa jednego ze współpracowników: „Rzeczywiście,
to trudna dzielnica. Lepiej nie wychodź z domu po zmierzchu”.
No właśnie.
Zamieszki. Latem 2012 roku pamięć wydarzeń z sierpnia 2011 była wciąż żywa. Ich
początek miał miejsce w londyńskiej dzielnicy Tottenham. Policjanci zastrzelili podejrzanego 29-letniego Anglika. Według wielu funkcjonariusze przekroczyli granicę prawa. Rozgorzała dyskusja o brutalności policji, która szybko stała się iskrą, rozpalającą płomień.
Dosłownie, bo w kilku największych miastach na Wyspach zapłonęły auta i budynki,
plądrowano sklepy, wybijano szyby, dochodziło do starć z kordonami policji.
Zamiatane pod dywan napięcia rasowe wypełzły na światło dzienne. Jedną z „aren”
zamieszek w Birmingham było właśnie Soho Road, na moment przejęte przez ogień i
rzezimieszków. Za udział w zamieszkach, jak podał portal „Birmingham Live”, w całym
mieście aresztowano prawie 800 osób, a 276 trafiło na długie lata za kratki. Dla
Handsworth niepokoje z 2011 roku to nie była zresztą pierwszyzna. Tarcia na tle
rasowym pomiędzy imigrantami, głównie pomiędzy Azjatami z Bliskiego Wschodu i Półwyspu Indyjskiego a ludnością czarnoskórą, dotykały ten rejon w 1981,
1985, 1991 i 2005 roku.
Choć latem 2012 po płonących samochodach i wybitych szybach w Handsworth nie było już
śladu, to porady lokalsów wziąłem sobie mocno do serca. Po szybkich zakupach w
centrum, zamykałem się w pokoju i nie wychodziłem po zmierzchu, a właściwie to
już po 18. Dziś wydaje mi się, że przesadzałem, ale wtedy, jako przerażony
student z Polski w obcym miejscu, żyłem w strachu i wolałem dmuchać na zimne. I
to w sytuacji, gdy sam przecież pochodzę z robotniczego miasta i trudnej
dzielnicy.
Po kilku długich
dniach unikania spojrzeń i własnego cienia doszło do przełomu. Do drzwi mojej
klity zapukał jakiś facet.
„Hello?”
Odpowiedziałem
głuchą ciszą. Akcent przyjezdnego, jakże daleki od absolwentów Eton i bywalców na salonach Pałacu Buckingham. Nie spodziewałem się gości, a więc nie zamierzałem otwierać. Strach
znowu dał o sobie znać. Pukanie nie ustawało. Podszedłem do drzwi i usłyszałem,
że jestem proszony do biura. Przygnieciony niepewnością ruszyłem ciemnym
korytarzem, otworzyłem drzwi od obory, przeszedłem zagracone podwórko, minąłem
starą bramę i znowu znalazłem się w części frontowej, przy Soho Road. W biurze „Sofa
Factory” usłyszałem zbawienne słowa właściciela motelu, tego samego, który
wręczał pierwszego dnia klucze:
„Pakuj się.
Przenosimy cię”.
Spakowałem
walizkę, pożegnałem bez żalu stary materac i po chwili wsiadłem do doskonale mi
znanego białego minivana. Obok siedział już student z Grecji, dopiero co
odebrany z lotniska. Mój nowy współlokator, w nowym miejscu.
Od tego momentu
wszystko się zmieniło.
Moja
sześciodniowa przygoda z robotniczym
Handsworth dobiegła końca.
Nie tęsknie za
tym miejscem, ale po latach jestem mu wdzięczny za lekcje, które mi udzieliło.
Od zawsze uważałem się za niezwykle tolerancyjnego człowieka, z wielkim
szacunkiem podchodzącego do różnic kulturowych i rasowych. Handsworth było
jednak praktycznym testem dla tych postaw.
Wracając z biura
do swojej „celi” przy Soho Road, przesiadałem się w centrum miasta. Na
przystanku niejednokrotnie bywałem jedynym białym. Podobnie było w
zróżnicowanym pod względem etnicznym autobusie, gdzie przeważali czarnoskórzy
mieszkańcy Handsworth, potomkowie robotników z Karaibów i z Afryki, którym przed
laty fabryki Birmingham zapewniały chleb. Nagle w mojej głowie, chłopaka z
homogenicznego rasowo kraju, kłębiły się różne myśli, powracały słowa kuzynki z
Londynu, która przed wyjazdem ostrzegała, że w Anglii najniebezpieczniejsi są
czarnoskórzy i że od nich to lepiej trzymać się z daleka. Do tego ta trudna
dzielnica! Zamieszki zaledwie rok wcześniej! Nagle wszyscy współpasażerowie autobusu
o odmiennej rasie stali się w mojej głowie potencjalnym zagrożeniem dla życia i
zdrowia. Tolerancja ustępowała w zakamarkach umysłu uprzedzeniom, demonom o
mentalności przeciętnego Polaka z mniejszej miejscowości. Strach przed innością
brał górę, wszystkich wrzuciłem nagle do tego samego worka.
W ciągu sześciu
wstrząsających dni w Handsworth nie stało mi się nic złego. Osiem lat od tych
wydarzeń nie wydają się już takie wstrząsające. Ani razu przy Soho Road nie
znalazłem się w sytuacji zagrożenia. Nauczyłem się za to otwartości i stałem
się pewniejszy siebie.
Czytaj także:
PAMIĘTNIK BRUMA (2)
Komentarze
Prześlij komentarz