Przejdź do głównej zawartości

Pamiętnik Bruma (3): Sześć wstrząsających dni




Pan Kumar, dwóch jego rodaków i ja. Ściśnięci w kabinie kierowcy białego minivana wjechaliśmy po kilkunastu minutach w sam środek labiryntu typowo anglosaskich domów. Cicha, zielona, przyjemna okolica. „To tu będziesz mieszkać, ale jeszcze nie teraz. To miejsce nie jest jeszcze gotowe” – rzekł jeden z moich towarzyszy. Weszliśmy do środka budynku mieszkalnego z czerwonego cegły. Rzeczywiście, w środku było niewesoło. Bałagan, ubytki w umeblowaniu, góry kurzu, zagracone piętro, porośnięty chwastami ogród. I do tego stary materac, który zabraliśmy ze sobą, bo wkrótce miał stać się kluczowym elementem mojego legowiska. Ruszyliśmy dalej, do miejsca mojego tymczasowego pobytu.

Ruszyliśmy w kierunku Handsworth.



To dzielnica niemal przyklejona do centrum Birmingham. Jej industrialny charakter nie jest przypadkowy. Do XVIII wieku była to niewielka wioska. Później jej rozwój w gęstą sieć zabudowań był związany z rewolucją przemysłową. Handsworth stało się dzielnicą robotniczą, podczas II Wojny Światowej miejscem osiedlania się ludności z Karaibów, masowo zatrudnianych m.in. w fabrykach amunicji.  Po wojnie kraj wciąż potrzebował rąk do pracy. Do karaibskiego Handsworth zawitali Sikhowie, którzy pracowali w odlewniach oraz na liniach produkcyjnych w przemyśle motoryzacyjnym.

Soho Road to długa, stroma ulica handlowa w sercu Handsworth. Wokół w nieskończoność ciągną się sklepy usługowe, stragany i bazary. To właśnie przy tej ulicy znajdowała się wiekowa kamienica ze złotym szyldem „Sofa Factory”, a w środku mieściło się biuro jednego z Sikhów, do którego mnie zaprowadzono. Miły, starszy pan przekazał klucze panu Kumarowi, a ten poprowadził mnie do mojego lokum.

"Sofa Factory"

Do dziś nie bardzo wiem czym była „Sofa Factory”. Wydaje się, że czymś w rodzaju taniego motelu, podrzędnego pensjonatu dla robotników. Obok zlokalizowana była myjnia samochodowa, a za budynkiem wyrastała świątynia Sikhów, czyli gurdwara, miejsce modlitw, lokalny kościół. Mój pokój znajdował się w głębi zabudowania. Wchodziło się od zapuszczonego podwórza. Drzwi wejściowe bardziej przypominały te do obory, niż do motelu. Strome schody i wąski korytarz prowadziły do skromnego pomieszczenia, wielkości połowy kawalerki. W środku brud, stara kołdra bez poszewki, drobny aneks kuchenny z zepsutym czajnikiem i mikroskopijna łazienka, na szczęście z działającą spłuczką. Do tego widok z okna na dach z blachy falistej, ograniczającej widoczność do szczytu sąsiedniego budynku. Pan Kumar przytaskał z minivana mój materac. Uśmiechem chciał zademonstrować swoją troskę, pozytywne nastawienie. Nie chciałby żebym się martwił. Nie jest przecież tak źle, a już na pewno będzie tylko lepiej.

Dla mnie gorzej być nie mogło.

Sam w obcym kraju, w ruderze (za którą szczęśliwie nie musiałem płacić), bez asysty i pomocy przechodziłem kryzys. Nie tak wyobrażałem sobie moje praktyki studenckie w Wielkiej Brytanii. Problemy z lokum, właściwie zerowe zainteresowanie opiekunów z miejsca praktyk, czyli z telewizji Sikh Channel, brak innych studentów. Wysłałem rozpaczliwego SMS-a (jest rok 2012) do domu, a po nim nastąpiła dramatyczna rozmowa telefoniczna z rodziną w Polsce. Bardzo droga, bo wciąż z polskiej karty. Jedyne o czym myślałem, to powrót do kraju.

Gurdwara, czyli świątynia Sikhów przy Soho Road (na tyłach "Sofa Factory")

Dzień później wsiadłem w czerwono-biało-granatowy double decker. To typowa kolorystyka piętrowych autobusów w tej części Anglii, czyli nieco inna od znanej z pocztówek i reklamówek czerwieni ich londyńskich odpowiedników. Po kilkunastu minutach znalazłem się w centrum, a po przesiadce i kilku przystankach wysiadłem w Aston, zaraz obok biura telewizji. Na miejscu nie mieli dla mnie jeszcze zadań, a ja, wciąż mocno zestresowany swoim położeniem, zacząłem w akcie desperacji szukać mieszkania na wynajem na stronie Polonii zamieszkującej Birmingham.

W drodze na przystanek poznawałem okolicę. Mnóstwo czarnoskórych i Azjatów, praktycznie brak białych. Poczułem się zagubiony, to był dla mnie nowy świat. Popytałem w telewizji o Handsworth, gdzieś wyczytałem, że rok wcześniej, w 2011 roku, były tam zamieszki. Pamiętam doskonale słowa jednego ze współpracowników: „Rzeczywiście, to trudna dzielnica. Lepiej nie wychodź z domu po zmierzchu”.

No właśnie. Zamieszki. Latem 2012 roku pamięć wydarzeń z sierpnia 2011 była wciąż żywa. Ich początek miał miejsce w londyńskiej dzielnicy Tottenham. Policjanci zastrzelili podejrzanego 29-letniego Anglika. Według wielu funkcjonariusze przekroczyli granicę prawa. Rozgorzała dyskusja o brutalności policji, która szybko stała się iskrą, rozpalającą płomień. Dosłownie, bo w kilku największych miastach na Wyspach zapłonęły auta i budynki, plądrowano sklepy, wybijano szyby, dochodziło do starć z kordonami policji. Zamiatane pod dywan napięcia rasowe wypełzły na światło dzienne. Jedną z „aren” zamieszek w Birmingham było właśnie Soho Road, na moment przejęte przez ogień i rzezimieszków. Za udział w zamieszkach, jak podał portal „Birmingham Live”, w całym mieście aresztowano prawie 800 osób, a 276 trafiło na długie lata za kratki. Dla Handsworth niepokoje z 2011 roku to nie była zresztą pierwszyzna. Tarcia na tle rasowym pomiędzy imigrantami, głównie pomiędzy Azjatami z Bliskiego Wschodu i Półwyspu Indyjskiego a ludnością czarnoskórą, dotykały ten rejon w 1981, 1985, 1991 i 2005 roku.   

Choć latem 2012 po płonących samochodach i wybitych szybach w Handsworth nie było już śladu, to porady lokalsów wziąłem sobie mocno do serca. Po szybkich zakupach w centrum, zamykałem się w pokoju i nie wychodziłem po zmierzchu, a właściwie to już po 18. Dziś wydaje mi się, że przesadzałem, ale wtedy, jako przerażony student z Polski w obcym miejscu, żyłem w strachu i wolałem dmuchać na zimne. I to w sytuacji, gdy sam przecież pochodzę z robotniczego miasta i trudnej dzielnicy.

Po kilku długich dniach unikania spojrzeń i własnego cienia doszło do przełomu. Do drzwi mojej klity zapukał jakiś facet.

„Hello?”

Odpowiedziałem głuchą ciszą. Akcent przyjezdnego, jakże daleki od absolwentów Eton i bywalców na salonach Pałacu Buckingham. Nie spodziewałem się gości, a więc nie zamierzałem otwierać. Strach znowu dał o sobie znać. Pukanie nie ustawało. Podszedłem do drzwi i usłyszałem, że jestem proszony do biura. Przygnieciony niepewnością ruszyłem ciemnym korytarzem, otworzyłem drzwi od obory, przeszedłem zagracone podwórko, minąłem starą bramę i znowu znalazłem się w części frontowej, przy Soho Road. W biurze „Sofa Factory” usłyszałem zbawienne słowa właściciela motelu, tego samego, który wręczał pierwszego dnia klucze:

„Pakuj się. Przenosimy cię”.

Spakowałem walizkę, pożegnałem bez żalu stary materac i po chwili wsiadłem do doskonale mi znanego białego minivana. Obok siedział już student z Grecji, dopiero co odebrany z lotniska. Mój nowy współlokator, w nowym miejscu.

Od tego momentu wszystko się zmieniło.

Moja sześciodniowa  przygoda z robotniczym Handsworth dobiegła końca.

Nie tęsknie za tym miejscem, ale po latach jestem mu wdzięczny za lekcje, które mi udzieliło. Od zawsze uważałem się za niezwykle tolerancyjnego człowieka, z wielkim szacunkiem podchodzącego do różnic kulturowych i rasowych. Handsworth było jednak praktycznym testem dla tych postaw.

Wracając z biura do swojej „celi” przy Soho Road, przesiadałem się w centrum miasta. Na przystanku niejednokrotnie bywałem jedynym białym. Podobnie było w zróżnicowanym pod względem etnicznym autobusie, gdzie przeważali czarnoskórzy mieszkańcy Handsworth, potomkowie robotników z Karaibów i z Afryki, którym przed laty fabryki Birmingham zapewniały chleb. Nagle w mojej głowie, chłopaka z homogenicznego rasowo kraju, kłębiły się różne myśli, powracały słowa kuzynki z Londynu, która przed wyjazdem ostrzegała, że w Anglii najniebezpieczniejsi są czarnoskórzy i że od nich to lepiej trzymać się z daleka. Do tego ta trudna dzielnica! Zamieszki zaledwie rok wcześniej! Nagle wszyscy współpasażerowie autobusu o odmiennej rasie stali się w mojej głowie potencjalnym zagrożeniem dla życia i zdrowia. Tolerancja ustępowała w zakamarkach umysłu uprzedzeniom, demonom o mentalności przeciętnego Polaka z mniejszej miejscowości. Strach przed innością brał górę, wszystkich wrzuciłem nagle do tego samego worka.

W ciągu sześciu wstrząsających dni w Handsworth nie stało mi się nic złego. Osiem lat od tych wydarzeń nie wydają się już takie wstrząsające. Ani razu przy Soho Road nie znalazłem się w sytuacji zagrożenia. Nauczyłem się za to otwartości i stałem się pewniejszy siebie.


Czytaj także:

PAMIĘTNIK BRUMA (2)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Cytat #4, #5, #6: Delhi. Stolica ze złota i snu

Cytaty z reportażu "Delhi. Stolica ze złota i snu", autorstwa Rany Desgupty. "Kiedy w Indiach jest północ, świat nie śpi. Kiedy w Indiach jest północ, w Londynie przychodzi pora na herbatę, w San Francisco zaś na capuccino. I jak się okazało po 1991 roku, na tym podstawowym fakcie można zarobić miliardy dolarów". "Powiada się czasem, że są ludzie, którzy chcą być kochani przez jedną osobę, inni, których musi kochać wiele osób i jeszcze inni, których musi kochać cały świat. Najwyraźniej jednak nawet dla tych ostatnich dopiero miłość jednej osoby stanowi należyte ucieleśnienie adoracji tłumów". "Jej aromat przepełnił biuro i galerie handlowe, a brązowa ciecz popłynęła żyłami młodego, niewyspanego pokolenia, którego członkowie najczęściej wcale jej nie pili, lecz wzorem swoich amerykańskich rówieśników, ssali ją przez słomkę z zamkniętych, bezwonnych pojemników, jakby karmieni plastikową piersią kapitalizmu".

Gdzie się Pan widzi za pięć lat? Jak porwał mnie „Zakładnik”

Nowy, francuski serial Netflixa ma sześć odcinków. Trudno mówić o dłużyźnie. Tym bardziej, że to bardzo dobry serial. „Gdzie się Pan widzi za pięć lat?” To pytanie pada często, ale nie w piłkarskiej szatni po kolejnym sezonie, a raczej w szklanym biurowcu podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Dlatego też gdy w 1997 roku Francuz Eric Cantona, legendarny piłkarz Manchesteru United, zawieszał buty na kołku w wieku ledwie 31 lat, prawdopodobnie nikt nie zadał mu tego pytania. Angielski „The Independent” zapytał go za to po jakimś czasie o zakończenie kariery: „Kochałem ten sport, ale straciłem żar, który kazał mi kłaść się wcześnie spać, nie wychodzić na miasto ze znajomymi, nie pić i nie robić wielu innych rzeczy, które uwielbiam w życiu robić”. Cantona nie dał o sobie zapomnieć. Wciąż spogląda z ekranu, ale zieloną murawę zastąpił planem zdjęciowym. Okazało się, że wśród tych wielu innych rzeczy, które uwielbia w życiu jest aktorstwo. W „Zakładniku” wciela się w Alaina Delaimbre’a, ...