Przejdź do głównej zawartości

Pamiętnik Bruma (2): Czy mogę prosić pana Kumara?




"Gdzie jest Birmingham? Nawet nie wiem czy tam mają prąd i bieżącą wodę" - to słowa Alberta, jednego z błyskotliwych oszustów z popularnego serialu BBC "Przekręt", gdy ten wyrażał swoją niechęć do podróży do Birmingham. Należy je traktować z przymrużeniem oka, ale i tak wiele mówi o tym mieście. Z powodu licznej populacji nazywane "Drugim Miastem", Birmingham jest jednak w świadomości przyjezdnych głęboko w cieniu nie tylko Londynu, ale i Liverpoolu, Manchesteru i Glasgow. W Polsce także wiemy o tym miejscu niewiele. Gdy w deszczowy, czerwcowy dzień 2012 roku zawitałem na dworzec autobusowy w dzielnicy Digbeth, zarejestrowane obrazy były dla mnie świeże i nieoczywiste.

Digbeth jest przyklejone do centrum miasta, w pobliżu ogromnego, nowoczesnego centrum handlowego, ale zabudową przypomina o swojej industrialnej przeszłości. W kontekście Birmingham trudno o niej zapomnieć, bo to właśnie tu pod koniec XVIII wieku James Watt udoskonalał silnik parowy, co miało kluczowe znaczenie dla rewolucji przemysłowej, która zmieniła świat. Sam dworzec autobusowy w Digbeth to jednak nowoczesna konstrukcja. Otwarty w 1929 roku został odremontowany w 2009, a otwarcie zmodernizowanego dworca musiało być wyjątkowe. Myślisz Wyspy, widzisz futbol. Stąd obecność Fabio Capello, wtedy selekcjonera piłkarskiej reprezentacji Anglii, na uroczystym otworzeniu bram.

Hackney Carriage, popularna brytyjska taksówka o czarnym, czyli jedynym słusznym kolorze, zabrała mnie do miejsca docelowego. Moje praktyki miały odbyć się w Sikh Channel, czyli telewizji mniejszości religijnej rodem z Indii. Dlaczego akurat tam? Studiując filologię angielską bardzo zależało mi na szlifowaniu tego języka obcego zagranicą. Na liście instytucji skłonnych do współpracy z moim uniwersytetem znalazłem jedynie dwie z Wielkiej Brytanii. Obok telewizji złożyłem akces do kancelarii prawnej w Derby, ale także na praktyki w administracji uniwersytetu w... Volda, bajecznie położonego miasteczka w norweskich fiordach. Pierwsza, po kilku tygodniach odezwała się właśnie telewizja. Z Derby nie było odzewu, a z Voldy napisali po kilku miesiącach, gdy na realizację projektu z mojej stronie było już za późno.

"To chyba tutaj, kolego" - zwrócił się do mnie zakłopotany kierowca taksówki bodajże pakistańskiego pochodzenia. Jego zmieszanie było zrozumiałe. W okolicy żadnej żywej duszy, wokół zamknięte magazyny i fabryki. Do tego wciąż zacinający o szyby deszcz. Nieco zagubiony wysiadłem z Hackneya i pociągnąłem walizkę za sobą. Sikh Channel zajmował jeden z rzędu biurowych boksów w mocno przemysłowej części dzielnicy Aston, ledwie kilkanaście minut od centrum miasta. Była niedziela i w siedzibie telewizji było niemal tak pusto jak w okolicy. Podszedłem do siedzącej przy biuru kobiety w średnim wieku. Opisałem swoją sytuację i poprosiłem o pana Kumara, bo to właśnie z nim prowadziłem dość chaotyczną komunikację na temat mojego przylotu. 

Zdziwienie na jej twarzy pamiętam do dziś.

Wtedy jeszcze nie miałem pojęcia, jak mało precyzyjnie określiłem tego człowieka. Kumar to nazwisko bardzo popularne i w mocno zróżnicowanym kulturowo i etnicznie Birmingham nosiło je pewne tłumy ludzi. Po panu Kumarze nie było śladu. Musiałem uzbroić się w cierpliwość. Usiadłem na kanapie i czekałem.

Z każdą kolejną minutą stres dawał o sobie coraz bardziej znać. W biurze zaobserwowałem lekkie poruszenie. Kilka osób ustalało mój status. Nie miałem pojęcia co się dzieje, bo wymieniali spostrzeżenia w języku pendżabskim, charakterystycznym dla mniejszości Sikhów. 

Mijały minuty.

Potem godziny.

Pochmurne niebo nad miastem rozświetliły promienie słońca. O deszczu nikt już nie pamiętał, a ja miałem wrażenie, że na tej kanapie siedzę już całą wieczność. Nikt mi o niczym nie mówił, raz zostałem jedynie zapytany przez jednego z pracowników skąd jestem. Gdy odparłem, że z Polski, sympatyczny skądinąd Sikh nie bardzo wiedział, co to za miejsce. Niepewność nie dawała mi spokoju, stres wynikający z samotności w obcym kraju tylko potęgował, a w głowie kłębiło się tysiące pytań. 

Co dalej ze mną będzie? 

Czy nikt nie wie o moim przyjeździe? 

Czy pan Kumar w ogóle istnieje?

Trochę byłem sam sobie winien. By otrzymać grant z uczelni na okres praktyk, musiałem przebrnąć przez niezwykle w Polsce rozwiniętą papierologię, na którą składało się potwierdzenie przyjęcia przez przedstawicieli Sikh Channel. Wypełniony dość pobieżnie dokument z podpisem wysłał na moją skrzynkę pan Kumar. Dostarczyłem go na uniwersytet. Wszystko się zgadza, granty przelane, termin praktyk ŚCIŚLE OKREŚLONY przez polską stronę. Muszą być trzy miesiące i koniec. Musiałem tak dostosować lot by zdążyć. A co po stronie brytyjsko-indyjskiej? Chaos, niedomówienia, półsłówka.  Pomimo tego wsiadłem do samolotu z przekonaniem, że się z panem Kumarem dogadaliśmy. 

Wtedy, pierwszego dnia w Anglii, jeszcze nie miałem o tym pojęcia, ale bezczynne godziny na kanapie były preludium do kolejnych chwil w zawieszeniu. W świecie Indusów bowiem nic nie jest precyzyjnie planowane, a pojęcie czasu ma zupełnie inną definicję. Trzy miesiące w środowisku Sikhów nauczyły mnie wielu rzeczy, ale przede wszystkim uzbrajania się w cierpliwość i odporność na ich niewiarygodną elastyczność w podejściu do zegara. 

Wreszcie w biurze pojawił się pan Kumar. Niski facet w średnim wieku o przyjaznej twarzy. Pan Kumar był Hindusem, czyli reprezentantem "konkurencyjnego" do sikhizmu wyznania, czyli hinduizmu. Wraz z dwoma Sikhami zaprowadził mnie do transportowego minivana. 

Wyruszyliśmy.

cdn.

Czytaj także:
PAMIĘTNIK BRUMA (1)


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Cytat #4, #5, #6: Delhi. Stolica ze złota i snu

Cytaty z reportażu "Delhi. Stolica ze złota i snu", autorstwa Rany Desgupty. "Kiedy w Indiach jest północ, świat nie śpi. Kiedy w Indiach jest północ, w Londynie przychodzi pora na herbatę, w San Francisco zaś na capuccino. I jak się okazało po 1991 roku, na tym podstawowym fakcie można zarobić miliardy dolarów". "Powiada się czasem, że są ludzie, którzy chcą być kochani przez jedną osobę, inni, których musi kochać wiele osób i jeszcze inni, których musi kochać cały świat. Najwyraźniej jednak nawet dla tych ostatnich dopiero miłość jednej osoby stanowi należyte ucieleśnienie adoracji tłumów". "Jej aromat przepełnił biuro i galerie handlowe, a brązowa ciecz popłynęła żyłami młodego, niewyspanego pokolenia, którego członkowie najczęściej wcale jej nie pili, lecz wzorem swoich amerykańskich rówieśników, ssali ją przez słomkę z zamkniętych, bezwonnych pojemników, jakby karmieni plastikową piersią kapitalizmu".

Pamiętnik Bruma (3): Sześć wstrząsających dni

Pan Kumar, dwóch jego rodaków i ja. Ściśnięci w kabinie kierowcy białego minivana wjechaliśmy po kilkunastu minutach w sam środek labiryntu typowo anglosaskich domów. Cicha, zielona, przyjemna okolica. „To tu będziesz mieszkać, ale jeszcze nie teraz. To miejsce nie jest jeszcze gotowe” – rzekł jeden z moich towarzyszy. Weszliśmy do środka budynku mieszkalnego z czerwonego cegły. Rzeczywiście, w środku było niewesoło. Bałagan, ubytki w umeblowaniu, góry kurzu, zagracone piętro, porośnięty chwastami ogród. I do tego stary materac, który zabraliśmy ze sobą, bo wkrótce miał stać się kluczowym elementem mojego legowiska. Ruszyliśmy dalej, do miejsca mojego tymczasowego pobytu. Ruszyliśmy w kierunku Handsworth. To dzielnica niemal przyklejona do centrum Birmingham. Jej industrialny charakter nie jest przypadkowy. Do XVIII wieku była to niewielka wioska. Później jej rozwój w gęstą sieć zabudowań był związany z rewolucją przemysłową. Handsworth stało się dzielnicą robotni...

Gdzie się Pan widzi za pięć lat? Jak porwał mnie „Zakładnik”

Nowy, francuski serial Netflixa ma sześć odcinków. Trudno mówić o dłużyźnie. Tym bardziej, że to bardzo dobry serial. „Gdzie się Pan widzi za pięć lat?” To pytanie pada często, ale nie w piłkarskiej szatni po kolejnym sezonie, a raczej w szklanym biurowcu podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Dlatego też gdy w 1997 roku Francuz Eric Cantona, legendarny piłkarz Manchesteru United, zawieszał buty na kołku w wieku ledwie 31 lat, prawdopodobnie nikt nie zadał mu tego pytania. Angielski „The Independent” zapytał go za to po jakimś czasie o zakończenie kariery: „Kochałem ten sport, ale straciłem żar, który kazał mi kłaść się wcześnie spać, nie wychodzić na miasto ze znajomymi, nie pić i nie robić wielu innych rzeczy, które uwielbiam w życiu robić”. Cantona nie dał o sobie zapomnieć. Wciąż spogląda z ekranu, ale zieloną murawę zastąpił planem zdjęciowym. Okazało się, że wśród tych wielu innych rzeczy, które uwielbia w życiu jest aktorstwo. W „Zakładniku” wciela się w Alaina Delaimbre’a, ...