Przejdź do głównej zawartości

Pamiętnik Bruma (4): F*****g Eastern Europe i Trójkąt Bermudzki



Oddaliliśmy się w białym minivanie w stronę zachodniego Birmingham. Krajobraz robotniczego Handsworth ustąpił uśpionym domostwom w Summerfield. Po niecałym tygodniu przy Soho Road, trafiłem do docelowej lokalizacji – typowo angielskiego domu piętrowego z cegły, tego samego, z którego zabieraliśmy stary materac pierwszego dnia.

Dom znajdował się przy Gillott Road. Joseph Gillott był XIX-wiecznym przedsiębiorcą, który w Birmingham założył fabrykę piór stalowych. Szybko się wzbogacił, a zarobione pieniądze inwestował w ziemię, nieruchomości oraz prężnie w tamtym okresie rozwijającą się kolej. Jedną z posiadłości zakupił w Edgbaston, dzielnicy niemal przyklejonej do Summerfield. Ulica jego imienia otrzymała godne pozazdroszczenia otoczenie. Z jednej strony rozległy park z krótko przystrzyżoną trawą i zadbanymi drzewami, a z drugiej rezerwuar, wykorzystywany w celach rozrywkowych przez żeglarzy, kajakarzy i wioślarzy.

Nasza okolica była bezpośrednio powiązana z dzielnicami Rotton Park i Winson Green. W tej drugiej chociażby, zaraz za parkiem, ulokowano przystanek autobusowy do centrum miasta, z którego codziennie korzystaliśmy. Przystanek znajdował się przy Dudley Road, głównej ulicy pełnej sklepów spożywczych, punktów usługowych oraz straganów. Spokojna, przyjazna okolica. Tak mi się wydawało. Cóż, wtedy nie znałem całej prawdy o tamtych stronach. Dudley Road jest bowiem częścią lokalnego „Trójkąta Bermudzkiego”, gdzie znikają portfele, policja zagląda rzadko, a broń można podobno z łatwością kupić na każdym rogu.

Niecały rok wcześniej to miejsce było świadkiem straszliwej zbrodni.

Latem 2011 roku kraj nawiedziły zamieszki (pisałem o nich TUTAJ), napięcia rasowe wypełzały na światło dzienne. W Birmingham, najbardziej zróżnicowanym etnicznie mieście na Wyspach, gdzie biali Brytyjczycy stanowią tylko 53% mieszkańców, a Azjaci, głównie z Bliskiego Wschodu i Półwyspu Indyjskiego aż 27%, o nieporozumienia nie było trudno. Zwłaszcza na Dudley Road, w zapomnianym przez władze Winson Green. To właśnie tam znajduje się stacja benzynowa, która była miejscem dramatu. Trzech młodych ludzi o bliskowschodnich korzeniach, którzy przed momentem zakończyli modlitwę w meczecie, zostało śmiertelnie potrąconych przez rozpędzony samochód, prowadzony przez czarnoskórego rzezimieszka. Nie było mowy o przypadku. Choć pod kołami pojazdu znaleźli się niewinni ludzie, to o ich losie zadecydował kolor skóry i uprzedzenia rasowe. Do eskalacji konfliktu nie doszło jedynie dzięki ojcu jednego z zamordowanych, który zaapelował o pokój i gaszenie punktów zapalnych.

Opisywana stacja benzynowa znajdowała się 150 metrów od naszego przystanku autobusowego. 

„Gdy zostanie zamordowany czarnoskóry, w kraju wybuchają zamieszki. Gdy ginie trzech Azjatów, żaden z polityków się nie przejmie. Dlatego nazywamy ten region Trójkątem Bermudzkim” – to gorzki obraz tamtych wydarzeń oczami Ahmeda Zulfkara, mieszkającego w tym rejonie od ponad 40 lat działacza społecznego, komentującego lokalną specyfikę dla „Guardiana”. Winson Green to ta biedniejsza, imigrancka Anglia. Nie znajdziemy jej na kartkach szkolnych podręczników do języka angielskiego. Tam od lat widać jedynie londyńskiego Big Bena i strażników w śmiesznych czapkach przy Pałacu Buckingham.   

Przy Gillott Road zamieszkałem z Martinem, studentem z południa Europy. Martin pochodził z Bułgarii, ale rodzice przenieśli się na malowniczą wyspę Kos, należącą do Grecji, gdy miał 10 lat. To właśnie tam się wychował, a na studia przeniósł się do Salonik, gdzie zajął się filmoznawstwem. Martin mówił płynnie po grecku, bułgarsku , ale i angielsku. Obyty, ubrany w markowe ciuchy, reprezentował tą bogatszą Europę, do której aspirowała Polska. Był rok 2012, Grecja wciąż trzymała się nieźle, a Martin miał słabość do dobrze skrojonych koszul, dobranych kardiganów i stylowych półbutów. Uwielbiał Tommy’ego Hilfigera, a początku dnia nie wyobrażał sobie bez kawy ze Starbucksa, codziennie nas tam zaciągając. Jego nieodłącznym towarzyszem był najnowszy model iPhone’a, co w 2012 roku, czasach, w których smartfony dopiero raczkowały, było dla mnie powiewem nowoczesnego, innego świata. Zresztą podobnie jak Starbucks. Dziś to miejsce nie robi wrażenia, ale osiem lat temu było dla mnie wciąż drogą rozrywką dla wybranych.

Martin był wątłej postury, co bez wątpienia miało związek z jego nawykami żywieniowymi. Wpisywał się w trendy fit, wtedy jeszcze szerzej nieznane w naszej części Starego Kontynentu. Żywił się głównie śródziemnomorskimi sałatkami, jogurtami i humusem, unikał pieczywa. Gdy przyłapał mnie na zajadaniu jogurtu chlebem, zrobił wielkie oczy i o mało nie stracił przytomności. Jego wysokie poczucie estetyki i schludności trudno znosiło bałagan i ogólny nieporządek, który zastaliśmy przy Gillott Road. Zagracone pomieszczenia, wszechobecny kurz i zarośnięty ogród wzbudzały w nim wielkie pokłady obrzydzenia. Choć reprezentował nieco inny do mojego świat, to był człowiekiem niezwykle pomocnym, życzliwym i koleżeńskim.

Pierwszy dzień przy Gillott Road spędziliśmy na zajmowaniu pokojów i pierwszych krokach w uporządkowaniu panującego w tych czterech ścianach chaosu. Martin zajął pokój przy froncie budynku, zaraz obok wejścia, gdzie mógł korzystać z prywatnej łazienki. Ja ulokowałem się w pomieszczeniu w głębi, gdzie z okna roztaczał się widok na zapuszczony ogród. W pokoju Greka było łóżko, ja musiałem zadowolić się materacem na podłodze. Była niedziela, po ogarnięciu zakupów w pobliskim Lidlu wybraliśmy się do parku. Brama wejściowa do Summerfield Park była naprzeciw naszego domu. W promieniach słońca obserwowaliśmy festyn i Hindusów grających w krykieta.

Dzień później w naszym domu pojawili się kolejni mieszkańcy: smukły i wiecznie uśmiechnięty Balazs, nieraz skwaszony, skrywający się pod ciemnymi okularami Viktor, korpulentny, odziany w beret Daniel oraz atrakcyjna brunetka w skórzanej kurtce, czyli Betti. Cała czwórka pochodziła z węgierskiego Szeged, gdzie studiowali coś w rodzaju realizacji filmowej. Szeged (po naszemu Segedyn) to trzecie największe miasto Węgier, znajdujące się w południowej części kraju, zaraz przy granicy z Serbią.

Szybko złapałem z nimi świetny kontakt. Hasło „Polak, Węgier, dwa bratanki…” nie jest pustym sloganem, Madziarzy też znają je doskonale. Szybko przekonałem się, że nasze kraje łączy bardzo podobna mentalność i rzeczywistość. Choć różnią nas języki, to Polska i Węgry są na bardzo zbliżonym poziomie gospodarczym, a dziś, kilka lat od tych wydarzeń, są niemal lustrzanym odbiciem pod względem politycznym.

Kilka pierwszych rozmów z Węgrami było dowodem o kulturowym przyciąganiu naszych narodów. Szybko bowiem się okazało, że Węgrzy przylecieli na Wyspy bez grantu z uczelni. Ten im się należał, ale wciąż nie wylądował na ich kontach. Pojawiły się opóźnienia, wnioski tonęły w morzu biurokracji.

„Fucking Eastern Europe” – gorzko stwierdził uczelniany bajzel Viktor, paląc przed wejściem papierosa. Momentalnie roześmiałem się po jego słowach, bo podobne problemy przechodziłem po swojej stronie. Choć grant w wysokości 500 euro z unijnego programu Erasmus oraz dodatkowe 200 zł dofinansowania do lotu z funduszu Uniwersytetu Wrocławskiego otrzymałem w porę, to wydłużony czas wnioskowania o wyjazd z uczelni i zebranie dokumentacji mógł niejednego zniechęcić.  Podobna historia Węgier i Polski, państw rozwijających się i wychodzących z cienia komunizmu i zaszufladkowania mentalnego połączyła nas w Birmingham. Gdy w piątkę dowcipkowaliśmy o „Fucking Eastern Europe”, Martinowi nie było do śmiechu. Pochodził z południa Europy, reprezentował kraj o (wtedy) wyższym statusie, miał lepszy telefon, droższe ciuchy i choć był niezwykle serdecznym człowiekiem, to nie miał szans przebicia się przez kulturowy mur.

O Węgrach nie wiedziałem jednak zbyt wiele. Pierwszego dnia palnąłem do Viktora:

- Macie u siebie Facebooka?

- Nie, nie mamy też prądu. Używamy świec, a poruszamy się dorożkami – odparł żartobliwie Viktor

To właśnie dla takich chwil wybrałem się na praktyki studenckie do Anglii. Nie tylko szlifowałem angielski, ale miałem także okazję poszerzać horyzonty i poznawać ludzi z różnych stron świata. Przygoda właśnie się rozpoczynała. Bliskie kulturowo Węgry i wciąż przecież europejska Grecja były jednak tylko przystawką przed daniem głównym. Przed nami rozpościerała się perspektywa kilkunastu tygodni współpracy z telewizją Sikhów, czyli indyjską wyspą na Wyspach Brytyjskich.  


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Cytat #4, #5, #6: Delhi. Stolica ze złota i snu

Cytaty z reportażu "Delhi. Stolica ze złota i snu", autorstwa Rany Desgupty. "Kiedy w Indiach jest północ, świat nie śpi. Kiedy w Indiach jest północ, w Londynie przychodzi pora na herbatę, w San Francisco zaś na capuccino. I jak się okazało po 1991 roku, na tym podstawowym fakcie można zarobić miliardy dolarów". "Powiada się czasem, że są ludzie, którzy chcą być kochani przez jedną osobę, inni, których musi kochać wiele osób i jeszcze inni, których musi kochać cały świat. Najwyraźniej jednak nawet dla tych ostatnich dopiero miłość jednej osoby stanowi należyte ucieleśnienie adoracji tłumów". "Jej aromat przepełnił biuro i galerie handlowe, a brązowa ciecz popłynęła żyłami młodego, niewyspanego pokolenia, którego członkowie najczęściej wcale jej nie pili, lecz wzorem swoich amerykańskich rówieśników, ssali ją przez słomkę z zamkniętych, bezwonnych pojemników, jakby karmieni plastikową piersią kapitalizmu".

Pamiętnik Bruma (3): Sześć wstrząsających dni

Pan Kumar, dwóch jego rodaków i ja. Ściśnięci w kabinie kierowcy białego minivana wjechaliśmy po kilkunastu minutach w sam środek labiryntu typowo anglosaskich domów. Cicha, zielona, przyjemna okolica. „To tu będziesz mieszkać, ale jeszcze nie teraz. To miejsce nie jest jeszcze gotowe” – rzekł jeden z moich towarzyszy. Weszliśmy do środka budynku mieszkalnego z czerwonego cegły. Rzeczywiście, w środku było niewesoło. Bałagan, ubytki w umeblowaniu, góry kurzu, zagracone piętro, porośnięty chwastami ogród. I do tego stary materac, który zabraliśmy ze sobą, bo wkrótce miał stać się kluczowym elementem mojego legowiska. Ruszyliśmy dalej, do miejsca mojego tymczasowego pobytu. Ruszyliśmy w kierunku Handsworth. To dzielnica niemal przyklejona do centrum Birmingham. Jej industrialny charakter nie jest przypadkowy. Do XVIII wieku była to niewielka wioska. Później jej rozwój w gęstą sieć zabudowań był związany z rewolucją przemysłową. Handsworth stało się dzielnicą robotni...

Gdzie się Pan widzi za pięć lat? Jak porwał mnie „Zakładnik”

Nowy, francuski serial Netflixa ma sześć odcinków. Trudno mówić o dłużyźnie. Tym bardziej, że to bardzo dobry serial. „Gdzie się Pan widzi za pięć lat?” To pytanie pada często, ale nie w piłkarskiej szatni po kolejnym sezonie, a raczej w szklanym biurowcu podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Dlatego też gdy w 1997 roku Francuz Eric Cantona, legendarny piłkarz Manchesteru United, zawieszał buty na kołku w wieku ledwie 31 lat, prawdopodobnie nikt nie zadał mu tego pytania. Angielski „The Independent” zapytał go za to po jakimś czasie o zakończenie kariery: „Kochałem ten sport, ale straciłem żar, który kazał mi kłaść się wcześnie spać, nie wychodzić na miasto ze znajomymi, nie pić i nie robić wielu innych rzeczy, które uwielbiam w życiu robić”. Cantona nie dał o sobie zapomnieć. Wciąż spogląda z ekranu, ale zieloną murawę zastąpił planem zdjęciowym. Okazało się, że wśród tych wielu innych rzeczy, które uwielbia w życiu jest aktorstwo. W „Zakładniku” wciela się w Alaina Delaimbre’a, ...