Przejdź do głównej zawartości

Baskijskie lanie wody (RECENZJA)




Czytałem „Rytuały wody” i absolutnie nie była to strata czasu. 


Ale…


O tym, jaką mandarynką jest ten kryminał.


W XVII wieku Baskowie wybierali się w długie wyprawy na wody islandzkie, gdzie polowali na wieloryby, ostatecznie plądrując lokalne porty z żywności.  Konflikt narastał, a Islandczyk mógł zgodnie z prawem zabijać Basków. Lata leciały, czasy się zmieniały, a o ustanowionym prawie na długo zapomniano. Do 2015 roku pozbawianie życia Basków na Islandii było… zgodne z prawem. Dopiero pięć lat temu władze wyspy postanowiły uregulować przepisy, oficjalnie już zapewniając przybyszom bezpieczeństwo.

Dziś Baskowie są znowu agresywni, ale tym razem w literaturze. „Cisza białego miasta”, pierwsza część trylogii kryminalnej autorstwa Evy Garcii Saenz de Urturi, jest mocno usytuowana w tradycjach, historii i kulturze Kraju Basków, położonej nad Zatoką Biskajską górzystej krainy w obrębie Królestwa Hiszpanii. Garcia Saenz zabiera nas do Vitorii, stolicy regionu i swojego rodzinnego miasta. Opisana przez nią historia kryminalna imponuje rozmachem, złożonością, retrospekcjami i zwrotami akcji. Przez kilkaset stron poszukujemy mordercy by na końcu, niczym podczas gry w karty, zostać ogranym przez autorkę, która wyciągnęła asa z długiego rękawa.

W drugiej części trylogii Garcia Saenz leje wodę. Dosłownie. W „Rytuałach wody” motywem przewodnim są celtyckie wierzenia, mocno związane z tym żywiołem, a teraźniejszość tłumaczą, trochę podobnie jak w „Ciszy białego miasta”, wydarzenia z przeszłości. Nieustraszony policyjny profiler Kraken znowu ściga mordercę. Ten ponownie jest bliżej niż mu się wydaje.

Czytelnik jest świadkiem mrocznej tajemnicy, a zetknięcie z pradawnymi celtyckimi obrzędami równa się z utratą życia. Autorka robi to, co do niej należy. Myli tropy, snuje historie, rzeźbi realne postacie, z krwi i kości, tłumaczy ich kolejne wybory. Śledzimy pościg za mordercą, ale także obserwujemy rozterki Krakena oraz jego relacje z Albą - przełożoną, a jednocześnie miłością życia.

Przygoda z „Rytuałami wody” kojarzy mi się z moją własną, tą na hiszpańskiej Majorce, gdy zatraciłem się w ciasnych zakamarkach centrum Palmy, malowniczej stolicy regionu. Uzbrojony w mapę szczęśliwie odnalazłem drogę do celu. Podobnie jest w kryminale Garcii Saenz. Przez wiele stron jesteśmy nieco zagubieni, nie wiemy kto zabija. Autorka jest naszą mapą, wyprowadza nas wreszcie na prostą, rozwiązuje kolejne zawiłe zagadki.

Jest taka komedia, „Hiszpański temperament”, traktująca o różnicach kulturowych pomiędzy Baskami z północy a Andaluzyjczykami z południa. W jednej ze scen Rafael, z andaluzyjskiej Sewilli, kandydat na zięcia, podróżuje pociągiem z przyszłym teściem, Baskiem. Gdy znaleźli się na dworcu w Madrycie, dumny Bask ani myśli postawić stopy na kastylijskiej ziemi, jego zdaniem terenie zaborcy i oprawcy, który pod przykrywką stolicy kraju tłamsi starania Baskonii o wolność i niepodległość. Rafael nie ma wyjścia – musi wziąć teścia „na barana” i ten sposób przetransportować go przez dworzec „okupanta”.

Ta baskijska duma przemawia przez kartki „Ciszy białego miasta” i „Rytuałów wody”. Dużą siłą książek Garcii Saenz są nawiązania do malowniczych uliczek Vitorii, prawdziwych baskijskich tradycji, dań, zwyczajów i zabytków. W „Rytuałach wody” odwiedzamy także sąsiednią Kantabrię, z jej klifami i wyspami. Santander przestaje nam kojarzyć się z bankiem, a zaczyna jako ośrodek akademicki, gdzie wykłada jeden z bohaterów „Rytuałów wody”. Kryminały Garcii Saenz są trochę jak turystyczny katalog, zachęcający do eksploracji Costa Querada oraz odkrywający przed czytelnikami dumne bogactwo Kraju Basków. O oprawcach z Madrytu nie ma ani słowa. Przypadek?

Uwielbiam mandarynki, a Hiszpania to przecież dobre miejsce by ich szukać na krzewach lub niskich drzewach.  Najlepsze w smaku mandarynki w Polsce są w grudniu, na święta. Z taką słodyczą kojarzy mi się „Cisza białego miasta”. „Rytuały wody” z kolei, z powtarzającymi się schematami z pierwszej części trylogii, też są sporych rozmiarów mandarynką, ale taką czerwcową, nieco mniej soczystą, choć wciąż bardzo zjadliwą.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Cytat #4, #5, #6: Delhi. Stolica ze złota i snu

Cytaty z reportażu "Delhi. Stolica ze złota i snu", autorstwa Rany Desgupty. "Kiedy w Indiach jest północ, świat nie śpi. Kiedy w Indiach jest północ, w Londynie przychodzi pora na herbatę, w San Francisco zaś na capuccino. I jak się okazało po 1991 roku, na tym podstawowym fakcie można zarobić miliardy dolarów". "Powiada się czasem, że są ludzie, którzy chcą być kochani przez jedną osobę, inni, których musi kochać wiele osób i jeszcze inni, których musi kochać cały świat. Najwyraźniej jednak nawet dla tych ostatnich dopiero miłość jednej osoby stanowi należyte ucieleśnienie adoracji tłumów". "Jej aromat przepełnił biuro i galerie handlowe, a brązowa ciecz popłynęła żyłami młodego, niewyspanego pokolenia, którego członkowie najczęściej wcale jej nie pili, lecz wzorem swoich amerykańskich rówieśników, ssali ją przez słomkę z zamkniętych, bezwonnych pojemników, jakby karmieni plastikową piersią kapitalizmu".

Pamiętnik Bruma (3): Sześć wstrząsających dni

Pan Kumar, dwóch jego rodaków i ja. Ściśnięci w kabinie kierowcy białego minivana wjechaliśmy po kilkunastu minutach w sam środek labiryntu typowo anglosaskich domów. Cicha, zielona, przyjemna okolica. „To tu będziesz mieszkać, ale jeszcze nie teraz. To miejsce nie jest jeszcze gotowe” – rzekł jeden z moich towarzyszy. Weszliśmy do środka budynku mieszkalnego z czerwonego cegły. Rzeczywiście, w środku było niewesoło. Bałagan, ubytki w umeblowaniu, góry kurzu, zagracone piętro, porośnięty chwastami ogród. I do tego stary materac, który zabraliśmy ze sobą, bo wkrótce miał stać się kluczowym elementem mojego legowiska. Ruszyliśmy dalej, do miejsca mojego tymczasowego pobytu. Ruszyliśmy w kierunku Handsworth. To dzielnica niemal przyklejona do centrum Birmingham. Jej industrialny charakter nie jest przypadkowy. Do XVIII wieku była to niewielka wioska. Później jej rozwój w gęstą sieć zabudowań był związany z rewolucją przemysłową. Handsworth stało się dzielnicą robotni...

Gdzie się Pan widzi za pięć lat? Jak porwał mnie „Zakładnik”

Nowy, francuski serial Netflixa ma sześć odcinków. Trudno mówić o dłużyźnie. Tym bardziej, że to bardzo dobry serial. „Gdzie się Pan widzi za pięć lat?” To pytanie pada często, ale nie w piłkarskiej szatni po kolejnym sezonie, a raczej w szklanym biurowcu podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Dlatego też gdy w 1997 roku Francuz Eric Cantona, legendarny piłkarz Manchesteru United, zawieszał buty na kołku w wieku ledwie 31 lat, prawdopodobnie nikt nie zadał mu tego pytania. Angielski „The Independent” zapytał go za to po jakimś czasie o zakończenie kariery: „Kochałem ten sport, ale straciłem żar, który kazał mi kłaść się wcześnie spać, nie wychodzić na miasto ze znajomymi, nie pić i nie robić wielu innych rzeczy, które uwielbiam w życiu robić”. Cantona nie dał o sobie zapomnieć. Wciąż spogląda z ekranu, ale zieloną murawę zastąpił planem zdjęciowym. Okazało się, że wśród tych wielu innych rzeczy, które uwielbia w życiu jest aktorstwo. W „Zakładniku” wciela się w Alaina Delaimbre’a, ...