Przejdź do głównej zawartości

Plusk w basenie, butonierka w cenie




Po stu latach bunt, euforia i entuzjazm znajdują nową formę ekspresji. Co wspólnego mają ze sobą polski poeta międzywojenny i współczesna amerykańska instagramerka? Poszukuję punktów stycznych pomiędzy dwoma odmiennymi światami.

Zmarnowałem podeszwy w całodziennych spieszeniach,
Teraz jestem słoneczny, siebiepewny i rad.
Idę młody, genialny, trzymam ręce w kieszeniach,
Stawiam kroki milowe, zamaszyste, jak świat.

To fragmentu wiersza „But w butonierce” Bruno Jasieńskiego. Prowokacyjny, pełny energii i witalności styl tego futurysty wpuścił mnóstwo świeżego powietrza do polskiej literatury dwudziestolecia międzywojennego.  Z wiersza uderza kontrowersja, młodzieńczy entuzjazm, euforia i radość życia. Jasieński szaleje z gramatyką, znakami interpunkcyjnymi, słowotwórstwem. 

Bruno Jasieński

No dobra, skoro mowa o futuryście, to przenieśmy się do przyszłości.

Niemal sto lat po ukazaniu się „Buta w butonierce” znalazłem do niego luźne odniesienie. Żyjemy w innych czasach. Siła kontrowersji dziś nie uderza już tak mocno z kartki papieru. Lepiej umieścić ją w filmie, wrzucić do internetu i odpowiednio opakować.

Witajcie we współczesnym Los Angeles.

Drzwi do piętrowej rezydencji otwiera drobna, uśmiechnięta Amerykanka. To 27-letnia Julia Rose (na zdjęciu głównym), modelka z Instagrama o nieprzeciętnej urodzie. Po chwili poznajemy jej koleżanki o podobnie wystrzałowych wymiarach,  Kaylę Lauren i Lauren Summer. Dziewczyny szybko wprowadzają elementy szokująco-kontrowersyjne. Kamera łapie powycinane obrazy, gdzie to trio wiecznie żartuje, śmieje się i wpada na szalone pomysły. W jednej ze scen panie zjeżdżają na materacu  ze schodów. Po chwili dzwoni kurier. Julia otwiera i odbierając przesyłkę pyta Latynosa w średnim wieku: „Chce Pan spróbować zjechać na materacu ze schodów? To świetna zabawa”. Kamera łapie zmieszany wyraz twarzy kuriera, który po chwili odchodzi w swoją stronę. Materac gra rolę sanek, a schody są jak górka w parku. Absurd kipi z ekranu, ich pomysły nie mieszczą się w głowie. Podobnie jak but nie wciśnie się w butonierkę.

Kolejna scena. Dziewczyny zakładają się. Grają w jakąś wyliczankę. Jedna przekrzykuje drugą, przycięte kompozycje obrazu, niechlujne przybliżenia kamery. Przegrana Julia za karę wskakuje nago do basenu. „Nienawidzę was!” – krzyczy, po czym wybucha śmiechem.

Inny odcinek. Panie wchodzą do rage roomu, „pokoju furii”. Ubrane od stóp do głów w białe kombinezony i kaski ochronne, trzymające w dłoniach metalowy kij baseballowy wyżywają się na szklanych butelkach i kolejnych przedmiotach elektronicznych. Części rozpadają się z trzaskiem na kawałki. Julia, Kayla i Lauren znowu stroją sobie żarty, świetnie się bawią.

od lewej: Lauren Summer, Julia Rose i Kayla Lauren, fot. lifestylenewsonline.com

W następnym odcinku mamy konkurs. Dziewczyny wkładają dłonie do pudełka, mając za zadanie zgadnąć co się znajduje w środku. I tak oto dotykają robaków, sztucznej, zakrwawionej ręki, mechanicznego pająka, wielkiego ananasa, czy… wibratora. Najgorzej zgadywała Julia. Kara? Chlup do basenu w ciuchach, przy pomocy szalonych koleżanek.

Kolejny epizod przygód euforycznego trio ze słonecznej Kalifornii. Julia postanawia skoczyć ze spadochronem. Niby nic nadzwyczajnego. A jednak. W powietrzu modelka podnosi t-shirt, ukazując swoje wdzięki. Misja wykonana. Znowu, niemal jak u Jasieńskiego, jest element „siebiepewny i rad”. Na planie, podobnie jak niegdyś na jego papierze, meldują się optymizm i radość z życia. Czasy inne, to i format nieco bardziej rozbudowany. Wrażliwość też w zupełnie innym wymiarze.

No i ten najbardziej znany filmik. Mecz zawodowej ligi baseballa. Julia i Lauren rozpraszają miotacza, podnosząc bluzki. Rezultat? Są dwa. Ten mniej istotny to dożywotni zakaz stadionowy dla świrniętego duetu. Ten ważniejszy – rozgłos i budowa zasięgów. Bo to o nie tu przecież chodzi.

Filmy tworzone przez  trzy dziewczyny z Los Angeles tworzą coś w rodzaju internetowego reality show na kanale Shagmag TV. Wieczna zabawa miesza się ze skąpymi strojami, w które odziane są bardzo atrakcyjne Julia, Lauren i Kayla. Do sex appealu dorzucono kalifornijskie słońce, baseny, pianę, szampana i dopasowaną ścieżkę dźwiękową. Końcowa „produkcja” Shagmag TV, choć nie wnosi do życia oglądających produktywnych treści, radzi sobie na YouTube świetnie. Każdy odcinek, amatorsko nagrany „z ręki”, ma kilkaset tysięcy odtworzeń, a ten na meczu baseballa idzie już w miliony.

Popularność i rozpoznawalność pań potęguje Instagram, gdzie zgromadziły społeczny kapitał. Profil Julii śledzi ponad 4,5 mln użytkowników, Lauren 2,5 mln i Kayli prawie 1 mln. Zasięgi z sieci sprawiają, że panie mogą ogrzewać się w blasku monetyzacji. Plusk wody w basenie jest dużo bardziej opłacalny od fizycznych prac w fabrykach lub manufakturach, będących bardzo popularnym miejscem zatrudnienia kobiet w czasach Jasieńskiego. „Idę młody, genialny, trzymam ręce w kieszeniach” – linijkę z „Buta w butonierce” należy przepisać dla płci żeńskiej i będzie pasować jak ulał.

Szalone filmiki z Julią Rose, pomysłodawczynią całego show, mogą na pierwszy rzut oka wydawać się stratą czasu w pędzącym świecie, pełnym natłoku obowiązków. Świecie przecież szybszym niż ten, który mógł z autopsji pamiętać Jasieński („zmarnowałem podeszwy w całodziennych spieszeniach”). Kolejne epizody z imprez modelek są bardzo powierzchowne, przywołujące na myśl intelektualną papkę, rodzajem uderzenia w najbardziej pierwotne instynkty.


W rzeczywistości pod fasadą pochwały głupoty kryje się jednak sprytny model biznesowy i sposób na życie. Bo wideo na YouTube i zdjęcia na Instagrame popularyzują „Shagmag”, cyfrowy magazyn, nazwany przez jednego z czytelników „seksowniejszą i młodszą siostrą Playboya”. Inny nie ma wątpliwości: „Będę to wciąż powtarzał. Niech Bóg błogosławi topless”. Gorące filmiki i ponętne fotki mają za zadanie spełniać rolę przystawki do dania głównego. To znajduje się w cyfrowym magazynie, którego miesięczna subskrypcja kosztuje 15 dolarów. Możemy założyć, że po zaksięgowaniu wpłaty Julia i spółka otwierają się na odbiorcę nieco bardziej. 15 dolarów to niedużo prawda? „Shagmag” ma aktualnie 11,729 patronów, co daje miesięczny przychód w wysokości ponad 175 tys. dolarów. I znowu Jasieński - Julia robi „milowy krok” w social media, „zamaszysty jak świat”.  

Portal "Pro Sports Extra", traktujący o sporcie właśnie, ale i o szeroko pojętej popkulturze, podał pięć powodów dla których warto subskrybować „Shagmag". Wyszło osobliwie. Oto one:

1.  Julia Rose
2. Julia Rose
3. Jula Rose
4. Julia Rose
5. Julia Rose

Jalen Rose z kolei (zbieżność nazwisk przypadkowa), znany niegdyś koszykarz, a ostatnio podcaster na kanałach sportowych, lubi dzierżyć w dłoni kij baseballowy i głosić swoje mądrości. Jedną z nich jest: „Dajcie ludziom to, czego chcą”. Cóż, Julia wzięła sobie te słowa do serca.

Dwadzieścia minut temu napisałem, że „Shagmag” ma 11,729 patronów.

To już nieaktualne.

Obecnie liczba ta wynosi już 11,747.

***
W czerwcu 2019 roku redaktorką naczelną polskiego „Playboya” została ledwie 27-letnia (!) Anna Mierzejewska. Atrakcyjna, wytatuowana, długowłosa brunetka miała być twarzą odświeżonej wersji miesięcznika. Walkę o czytelników jednak przegrała, bo pół roku później wydawnictwo Marquard Polska postanowiło zamknąć papierową wersję magazynu. Znak czasów odcisnął swoje piętno na kolejnym drukowanym tytule. Czy Polska jest więc gotowa na swoją Julię Rose i jej digitalny model biznesowy?

Dopóki nie znajdziemy odpowiedzi na to pytanie, pożegnajmy się Jasieńskim:



Tak mi dobrze, tak mojo, aż rechoce się serce. 
Same nogi mnie niosą gdzieś — i po co mi, gdzie? 
Idę młody, genialny, niosę BUT W BUTONIERCE, 
Tym co za mną nie zdążą echopowiem: — Adieu! —


"Mojo" z wiersza dziś łatwiej spotkać w języku angielskim. Od przykładowej Mierzejewskiej prędzej użyłaby je pewnie Rose lub jedna z jej koleżanek. Nieformalne mojo (czyt. modżo) oznacza tam specjalną, magiczną moc, urok, talizman. Choć poetę-futurystę i modelkę-instagramerkę różnią epoki i estetyki, to z pewnością łączy słabość do szokowania odbiorców i urok rzucany na masy.                 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Cytat #4, #5, #6: Delhi. Stolica ze złota i snu

Cytaty z reportażu "Delhi. Stolica ze złota i snu", autorstwa Rany Desgupty. "Kiedy w Indiach jest północ, świat nie śpi. Kiedy w Indiach jest północ, w Londynie przychodzi pora na herbatę, w San Francisco zaś na capuccino. I jak się okazało po 1991 roku, na tym podstawowym fakcie można zarobić miliardy dolarów". "Powiada się czasem, że są ludzie, którzy chcą być kochani przez jedną osobę, inni, których musi kochać wiele osób i jeszcze inni, których musi kochać cały świat. Najwyraźniej jednak nawet dla tych ostatnich dopiero miłość jednej osoby stanowi należyte ucieleśnienie adoracji tłumów". "Jej aromat przepełnił biuro i galerie handlowe, a brązowa ciecz popłynęła żyłami młodego, niewyspanego pokolenia, którego członkowie najczęściej wcale jej nie pili, lecz wzorem swoich amerykańskich rówieśników, ssali ją przez słomkę z zamkniętych, bezwonnych pojemników, jakby karmieni plastikową piersią kapitalizmu".

Pamiętnik Bruma (3): Sześć wstrząsających dni

Pan Kumar, dwóch jego rodaków i ja. Ściśnięci w kabinie kierowcy białego minivana wjechaliśmy po kilkunastu minutach w sam środek labiryntu typowo anglosaskich domów. Cicha, zielona, przyjemna okolica. „To tu będziesz mieszkać, ale jeszcze nie teraz. To miejsce nie jest jeszcze gotowe” – rzekł jeden z moich towarzyszy. Weszliśmy do środka budynku mieszkalnego z czerwonego cegły. Rzeczywiście, w środku było niewesoło. Bałagan, ubytki w umeblowaniu, góry kurzu, zagracone piętro, porośnięty chwastami ogród. I do tego stary materac, który zabraliśmy ze sobą, bo wkrótce miał stać się kluczowym elementem mojego legowiska. Ruszyliśmy dalej, do miejsca mojego tymczasowego pobytu. Ruszyliśmy w kierunku Handsworth. To dzielnica niemal przyklejona do centrum Birmingham. Jej industrialny charakter nie jest przypadkowy. Do XVIII wieku była to niewielka wioska. Później jej rozwój w gęstą sieć zabudowań był związany z rewolucją przemysłową. Handsworth stało się dzielnicą robotni...

Gdzie się Pan widzi za pięć lat? Jak porwał mnie „Zakładnik”

Nowy, francuski serial Netflixa ma sześć odcinków. Trudno mówić o dłużyźnie. Tym bardziej, że to bardzo dobry serial. „Gdzie się Pan widzi za pięć lat?” To pytanie pada często, ale nie w piłkarskiej szatni po kolejnym sezonie, a raczej w szklanym biurowcu podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Dlatego też gdy w 1997 roku Francuz Eric Cantona, legendarny piłkarz Manchesteru United, zawieszał buty na kołku w wieku ledwie 31 lat, prawdopodobnie nikt nie zadał mu tego pytania. Angielski „The Independent” zapytał go za to po jakimś czasie o zakończenie kariery: „Kochałem ten sport, ale straciłem żar, który kazał mi kłaść się wcześnie spać, nie wychodzić na miasto ze znajomymi, nie pić i nie robić wielu innych rzeczy, które uwielbiam w życiu robić”. Cantona nie dał o sobie zapomnieć. Wciąż spogląda z ekranu, ale zieloną murawę zastąpił planem zdjęciowym. Okazało się, że wśród tych wielu innych rzeczy, które uwielbia w życiu jest aktorstwo. W „Zakładniku” wciela się w Alaina Delaimbre’a, ...