Przejdź do głównej zawartości

Plaże, twarze, miraże. Czy warto obejrzeć "Bloodline"?



Ile jesteś w stanie zrobić dla swojej rodziny? Dostępny na Netflixie serial „Bloodline" stawia to pytanie widzom. Na ekranie słońce rzuca trochę światła na kłamstwa, a prawda pozostaje raczej w cieniu.

 

Już nie ma dzikich plaż
I gwarnej kafejki przy molo
Niejedna znikła twarz
I wielu przegrało swą młodość, swą młodość

Już nie ma dzikich plaż
Starego sprzedawcy pamiątek
I tylko w szumie traw znajduję ten cichy zakątek


 „Już nie ma dzikich plaż”
Irena Santor


Floryda. Miejsce nieoczywiste. Z jednej strony plaże, palmy, drinki i raj dla amerykańskich emerytów, z drugiej cel wypraw imigrantów z Kuby, siedlisko krokodyli i wilgotność, która wybija z głowy dłuższe spacery. Floryda to trzeci najludniejszy stan w USA, ale w „Bloodline” tego nie widać, bo akcja zabiera nas na odludzie, na Florida Keys. Jesteśmy w Islamoradzie, niewielkim miasteczku tego wysuniętego w stronę Zatoki Meksykańskiej archipelagu. W takich miejscach mówi się, że wszystko zostaje w rodzinie.

No właśnie.

Rodzina.

Z ogniska domowego rodziny Rayburnów bucha silny i nieprzerwany żar. To szanowany ród, od lat znany z pełnego klientów pensjonatu, malowniczo położonego nad zatoką. Rayburnowie to starsze małżeństwo i trójka ich dorosłych już dzieci: John, zastępca szeryfa, prawy obywatel, Meg, prawniczka z Nowego Jorku i Kevin, złota rączka z pobliskiej mariny. Przed oczami rysuje się idylliczny krajobraz: żony, partnerzy, dzieci i piasek u stóp. 

Nic jednak nie trwa wiecznie. Płomień zaczyna przygasać, gdy po latach do domu wraca Danny, najstarszy z dzieci Rayburnów. Jest jak niepasujący puzel w pięknym, rodzinnym obrazie. Cherlawy, nadgryziony zębem czasu Danny wraca do domu z niewielkim tobołkiem, ale na plecach dźwiga znacznie cięższy bagaż. To ciężar wydarzeń z przeszłości, który wkrótce przygniecie jego braci i siostrę, wpłynie na bieg historii w raju między palmami.

Tajemnica oraz nowa działalność „czarnej owcy" Danny’ego gasi domowe ognisko, ale rozpala emocje w gronie jego rodzeństwa. Więzy krwi determinują ciąg zdarzeń. Mówi się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. Uśmiechnięci na powierzchni Rayburnowie coś o tym wiedzą. Zdjęcie jednak już wyblakło, szkło pękło, a z ramki schodzi farba.


John i Meg Rayburn, fot. Hollywood Reporter

                                                                                                                

Na Netflixie jest z czego wybierać. Amerykańska platforma rzuca w widza setkami miniaturek kolejnych seriali. Większość to przeciętniaki, masa „piątek" i „szóstek" w dziesięciopunktowej skali.  Na miniaturce „Bloodline” widać turkusową wodę oraz łódź. Nie jest to jednak opowieść „o facecie w łódce”, którą puszczał gangsterom Bolec w filmie „Chłopaki nie płaczą”. Dzieje się znacznie więcej, choć nie od razu. Płomień ogniska domowego tli się bardzo długo, ale w kulminacyjnym momencie gasi go lodowata woda z wiadra. Średnia nota serialu przekracza "siódemkę" i jest to trafiony numer.

Historia o Rayburnach trwa trzy sezony. Co nietypowe, każdy kolejny jest lepszy od poprzedniego. Piękne okoliczności przyrody przyciągają nieokrzesanych Kubańczyków, przebiegłych „biznesmenów” i zapomnianych członków rodziny, czyli tych którzy nie zmieścili się na pięknym zdjęciu. Do tego padają strzały, trwają śledztwa, sypie się biały proszek, a gwiazdy na niebie zwiastują nadejście kłopotów. Coś o tym wie detektyw Diaz.

W „Bloodline” próżno szukać bohaterów. Ten serial jest zwierciadłem życia, nie ma w nim ludzi krystalicznie czystych, którym należałoby się kłaniać w pas. Nikt nie jest czarno-biały, każdy ma swoje słabości, skrywa pod skórą demony. Gdy te wydostają się na zewnątrz, Rayburnowie robią wszystko, by zamknąć je w szafie. Robią to by „chronić rodzinę”. Ten zwrot jest powtarzany jak mantra we wszystkich trzech sezonach. Przychodzi jednak moment, gdy rodzeństwo staje po przeciwnych stronach barykady (plaży?). Partykularne interesy wykrzywiają linię krwi, tytułowy bloodline

Dość popularny w sieci polski youtuber Cash niedawno upajał się amerykańską wolnością, podróżując po ciągnących się w nieskończoność drogach tej najdalej wysuniętej w morze części Florydy. Dla postaci z „Bloodline” bezkres archipelagu nie kojarzy się jednak z wolnością, bo kolejne wybryki prowadzą raczej w stronę ciasnych, okratowanych czterech ścian i więziennych prycz. 

Irena Santor śpiewała, że nie ma już dzikich plaż.

Dzicy są wciąż za to ludzie.

Do tego bliżej niż myślimy.


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Cytat #4, #5, #6: Delhi. Stolica ze złota i snu

Cytaty z reportażu "Delhi. Stolica ze złota i snu", autorstwa Rany Desgupty. "Kiedy w Indiach jest północ, świat nie śpi. Kiedy w Indiach jest północ, w Londynie przychodzi pora na herbatę, w San Francisco zaś na capuccino. I jak się okazało po 1991 roku, na tym podstawowym fakcie można zarobić miliardy dolarów". "Powiada się czasem, że są ludzie, którzy chcą być kochani przez jedną osobę, inni, których musi kochać wiele osób i jeszcze inni, których musi kochać cały świat. Najwyraźniej jednak nawet dla tych ostatnich dopiero miłość jednej osoby stanowi należyte ucieleśnienie adoracji tłumów". "Jej aromat przepełnił biuro i galerie handlowe, a brązowa ciecz popłynęła żyłami młodego, niewyspanego pokolenia, którego członkowie najczęściej wcale jej nie pili, lecz wzorem swoich amerykańskich rówieśników, ssali ją przez słomkę z zamkniętych, bezwonnych pojemników, jakby karmieni plastikową piersią kapitalizmu".

Pamiętnik Bruma (3): Sześć wstrząsających dni

Pan Kumar, dwóch jego rodaków i ja. Ściśnięci w kabinie kierowcy białego minivana wjechaliśmy po kilkunastu minutach w sam środek labiryntu typowo anglosaskich domów. Cicha, zielona, przyjemna okolica. „To tu będziesz mieszkać, ale jeszcze nie teraz. To miejsce nie jest jeszcze gotowe” – rzekł jeden z moich towarzyszy. Weszliśmy do środka budynku mieszkalnego z czerwonego cegły. Rzeczywiście, w środku było niewesoło. Bałagan, ubytki w umeblowaniu, góry kurzu, zagracone piętro, porośnięty chwastami ogród. I do tego stary materac, który zabraliśmy ze sobą, bo wkrótce miał stać się kluczowym elementem mojego legowiska. Ruszyliśmy dalej, do miejsca mojego tymczasowego pobytu. Ruszyliśmy w kierunku Handsworth. To dzielnica niemal przyklejona do centrum Birmingham. Jej industrialny charakter nie jest przypadkowy. Do XVIII wieku była to niewielka wioska. Później jej rozwój w gęstą sieć zabudowań był związany z rewolucją przemysłową. Handsworth stało się dzielnicą robotni...

Gdzie się Pan widzi za pięć lat? Jak porwał mnie „Zakładnik”

Nowy, francuski serial Netflixa ma sześć odcinków. Trudno mówić o dłużyźnie. Tym bardziej, że to bardzo dobry serial. „Gdzie się Pan widzi za pięć lat?” To pytanie pada często, ale nie w piłkarskiej szatni po kolejnym sezonie, a raczej w szklanym biurowcu podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Dlatego też gdy w 1997 roku Francuz Eric Cantona, legendarny piłkarz Manchesteru United, zawieszał buty na kołku w wieku ledwie 31 lat, prawdopodobnie nikt nie zadał mu tego pytania. Angielski „The Independent” zapytał go za to po jakimś czasie o zakończenie kariery: „Kochałem ten sport, ale straciłem żar, który kazał mi kłaść się wcześnie spać, nie wychodzić na miasto ze znajomymi, nie pić i nie robić wielu innych rzeczy, które uwielbiam w życiu robić”. Cantona nie dał o sobie zapomnieć. Wciąż spogląda z ekranu, ale zieloną murawę zastąpił planem zdjęciowym. Okazało się, że wśród tych wielu innych rzeczy, które uwielbia w życiu jest aktorstwo. W „Zakładniku” wciela się w Alaina Delaimbre’a, ...