Jeszcze kilka lat temu Shoni Schimmel
za sprawą swojej efektownej gry zdobywała serca kibiców w całej Ameryce. Kres
jej wspinaczki na szczyt był jednak nagły, a jej dalszy los zdeterminowało
środowisko, z którego się wywodzi.
„Naszym pierwszym nauczycielem jest
nasze własne serce”
Indianie Cheyenne
Shoni Schimmel
urodziła się w 1992 roku. Pochodzi z rezerwatu Umatilla, w
północno-wschodnim Oregonie. Znajdujący
się wokół rzeki Kolumbia płaskowyż zamieszkują potomkowie trzech plemion z
rodziny języka Sahaptin: Indianie Cayuse, Umatilla i Walla Walla. To właśnie w
tej niewielkiej, liczącej około trzech tysięcy mieszkańców społeczności
dorastała zakochana w baskecie Shoni. Od najmłodszych lat fascynowała się
filmami z cyklu „AND1 Mixtape”, a w wieku 7 lat stwierdziła, że zagra w WNBA.
Szanse na
spełnienie marzeń miała niewielkie.
Rdzenni
Amerykanie, stanowiący niecały 1 proc. mieszkańców kraju, od lat zmagają się z licznymi
trudnościami, choć tylko 22 proc. z nich mieszka w rezerwatach. Według Janeen Comenote z National Urban Indian
Family Coalition, organizacji broniącej praw rdzennej ludności Stanów
Zjednoczonych, głównymi przeciwnościami, z którymi boryka się tamtejsza ludność
to niedofinansowanie z rządu federalnego i problemy mieszkaniowe. Gdy do tego
dorzucimy wysoki poziom bezrobocia i chroniczną przemoc domową (ponad 20%
dzieci z indiańskich rodzin doświadcza zespołu stresu pourazowego, podobnego do
tego, który dotyka żołnierzy wracających z misji w Iraku i w Afganistanie),
możemy zdać sobie sprawę, że dla mieszkanki rezerwatu sukcesem jest samo
ukończenie szkoły średniej.
A gra w WNBA?
Zapomnij.
Shoni odkryła
jednak w sobie pasję do koszykówki, pielęgnowaną przez jej trenerkę ze szkoły
średniej i jednocześnie mamę, Ceci Moses. Historię młodej koszykarki z
rezerwatu opisuje dobrze przyjęty dokument „Off the Rez”. W jednej ze scen
zawodniczki siedzą w szatni, a trener i mama Shoni mówi pewnym siebie,
podniesionym głosem: „Musicie grać twardo i walczyć o swoje”. Jej córka jest
przejęta, bierze słowa do siebie. W innej migawce widzimy już jak kapitalnym
crossoverem „skręca” kostki rywalce i trafia z dystansu, po czym z uśmiechem
wraca do obrony. Shoni kończy szkołę średnią w 2010 roku. W tym czasie tylko 51
proc. uczniów w USA wywodzących się z rdzennej ludności może pochwalić się tym
samym. Została pierwszą przedstawicielką swojego plemienia, która otrzymała
koszykarskie stypendium - i to jeszcze na znanym Uniwersytecie Louisville. A
wybierać było z czego. W „Off the Rez” oglądamy urywek z domu państwa Schimmel,
gdzie kuchenny stół pokrywa stos listów
od kolejnych uczelni zainteresowanych talentem Indianki, m.in. z UCLA.
„Siła, bez względu na to,
jak ukryta, rodzi opór”.
Indianie Lakota
„Programy
z NCAA obawiają się dać szansę indiańskim dzieciakom. Według powszechnej opinii
nie poradzą sobie, bo będą tęsknić za domem i za swoją lokalną społecznością” –
powiedział dla portalu „Mic” John Schimmel, tata Shoni.
Tysiące
kilometrów od domu Shoni czuła się jednak dobrze. Już w pierwszym sezonie gry
dla Louisville Cardinals notowała śr. 15.1 pkt, 4.9 as i trafiała 37% rzutów za
3, kończąc sezon na Sweet Sixteen, topowej szesnastce drużyn w USA. Trener Jeff
Walz pozwalał młodej zawodniczce korzystać ze swojej kreatywności. Jej asysty
za plecami czy znane z futbolu amerykańskiego podania przez całe boisko stały
się częścią gry Cardinals, choć granica pomiędzy improwizacją a zwykłą
niedbałością została przez szkoleniowca jasno wyznaczona.
O Indiance głośno
zrobiło się w sezonie 2012/13, gdy rozstawione z nr 5 Cardinals dotarły aż do
Final Four, turnieju finałowego o uczelnianie mistrzostwo kraju, dla czterech
najlepszych drużyn .W pamięć zapadła w szczególności wygrana 82:81 z murowanym
faworytem do tytułu, rozstawionym z pierwszym numerem Baylor, w składzie ze
środkową Brittney Griner, wielką gwiazdą uczelnianej koszykówki, niedługo potem
wybraną z „jedynką” w drafcie do WNBA. W drugiej połowie Schimmel biegnie w
kontrze z piłką, rozpędzona przekłada ją sobie za plecami na lewą stronę, po
czym wyskakuje w górę i oddaje ekwilibrystyczny rzut prawą ręką nad próbującą
ją blokować Griner. Ląduje gdzieś za koszem, ale trafia z faulem, a publiczność
i komentatorzy wpadają w ekstazę. Podekscytowana Schimmel szybko się podnosi i
niemal z pięściami rzuca się do o głowę wyższej Griner, bo, jak później
stwierdzi, miała wrażenie, że ta nadepnęła na jej stopę. Cardinals docierają
ostatecznie do meczu o tytuł, gdzie muszą uznać wyższość legendarnego UConn.
Porażka w finale
musiała boleć, ale sezon nie był do końca stracony. Shoni założyła się z
rodzicami, że jeżeli pokonają w Sweet Sixteen Baylor, to oni oficjalnie wezmą
ślub. Choć byli ze sobą w związku od 25 lat, to wciąż go nie zalegalizowali. Po
sensacyjnym zwycięstwie John i Ceci nie mieli wyjścia. Niedługo po meczu
pobrali się w Oklahoma City.
Do kolejnego
sezonu drużyna Louisville podchodziła z hasłem „Wyrównać rachunki”, które
znalazło się na okolicznościowych koszulkach. Celem ekipy ze stanu Kentucky
było tylko i wyłącznie mistrzostwo. Dla kończącej studia Schimmel była to
ostatnia szansa na wygranie NCAA. Kampanię 2013/14 w wykonaniu nieco
korpulentnej rozgrywającej śledzą już tłumy. Podczas jej „senior night”, czyli
ostatniego domowego meczu sezonu regularnego gracza kończącego studia, w hali
Cardinals na trybunach zasiada aż 22 tys. ludzi. Większość to rdzenni
Amerykanie, którzy, co podkreślał „New York Times”, docierają na mecz z
najdalszych zakątków kraju, reprezentują 40 stanów. Indiańskie rysy współgrają
z ich krwistoczerwonymi koszulkami z czarnym numerem „23”, czyli tym, z którym
występuje Schimmel. Po meczu rozgrywająca z Oregonu podchodzi do publiczności,
przez cztery godziny daje autografy, rozmawia z fanami i robi sobie z nimi
zdjęcia.
„Shoni w
indiańskim świecie zmienia życia. Ludzie biorą z niej przykład. Otrzymujemy
listy od zainspirowanych dziewczynek, gotowych dzięki niej do poświęceń” –
zdradziła ESPN Ceci Schimmel (już po obiecanym ślubie).
Zawodniczka z
rezerwatu rozpędza się w fazie turniejowej. Notuje śr. 18.1 pkt i 6.0 as. W
Elite Eight, krajowych ćwierćfinałach, bierze los zespołu w swoje ręce. Na 29
sekund przed końcem meczu z Maryland trafia z odchylenia trudny rzut za trzy, z
rogu boiska, niwelując stratę Cards do pięciu „oczek” (65:70). Po chwili trafia
kolejny raz z dystansu, na 68:73. Mało? Na 3.5 sekundy przed końcową syreną nie
myli się po raz trzeci za trzy w ciągu kilkunastu sekund, zmniejszając stratę
do 73:75. Filmowy scenariusz dla rozstawionych z „trójką” koszykarek Louisville
się nie ziścił, bo jej czwarty rzut zza łuku, przy stanie 73:76, nie znalazł
drogi do kosza. 31 punktów nie dało awansu do Final Four. Rachunki nie zostały
wyrównane.
Shoni Schimmel (nr 23) w starciu z Brittney Griner
„Będziemy pamiętani wiecznie przez
tropy, jakie po sobie zostawiamy”
Indianie Dakota
Marzenie
siedmiolatki z rezerwatu Umatilla się spełnia. Z numerem ósmym draftu Schimmel
zostaje wybrana przez Atlantę Dream, prowadzoną przez Michaela Coopera,
pięciokrotnego mistrza NBA z Los Angeles Lakers. Znowu przeciera szlaki. Żadna rdzenna Amerykanka
nie została wybrana w drafcie wyżej od niej. Niezły wynik, biorąc pod uwagę
fakt, że rząd federalny uznaje aż 576 indiańskich plemion na terenie USA.
Do gry Dream
wchodzi z ławki, ale za to w jakim stylu! W meczu z Phoenix Mercury, jako jedna
z sześciu zawodniczek w historii WNBA, zdobywa 20 punktów w kwarcie. Jej
efektowne zagrania w kolejnych meczach zdobywają poklask. W jednej z kontr
dostaje długie podanie, ale stoi plecami do kosza. Kątem oka widzi wbiegającą w
„pomalowane” Angel McCoughtry, po czym posyła jej podanie kozłem, patrząc w
zupełnie inną stronę. Niepilnowana koleżanka zdobywa łatwe punkty po lay-upie,
a publiczność szaleje. W kolejnym urywku podaje jedną ręką przez cały parkiet.
„Pocisk” trafia idealnie do odbiorczyni, która po dwutakcie trafia do kosza.
„Jak ona to robi!?” – krzyczy do mikrofonu męski głos komentatora.
Podobne pytania
zadają sobie kibice, którzy nie wyobrażają sobie Meczu Gwiazd WNBA bez jej
udziału. Debiutantka z Atlanty zajmuje trzecie miejsce w plebiscycie fanów,
trafia do wyjściowej piątki. Otrzymuje więcej głosów od trzech MVP ligi: Diany
Taurasi, Candace Parker i Tamiki Catchings. Jest dopiero trzecią koszykarką w historii, która dostaje się do pierwszej
piątki Meczu Gwiazd jako rezerwowa w klubie.
Ma najniższe
średnie ze wszystkich starterek. 7.0 pkt, 3 zb, 2 as. To jednak jest bez
znaczenia, bo w Meczu Gwiazd Schimmel może uruchomić swoją magię. Wejść w tryb
„Showtime Shoni”. Raz jeszcze wrócić myślami do czasów dzieciństwa, gdy z
wypiekami na twarzy oglądała kolejne popisowe migawki z logo AND1. Mecze bez obrony wydają się dla niej
stworzone. Trafia seryjnie za trzy, rozdaje efektowne asysty, podobnie jak w
czasach uniwersyteckich wykonuje udany, cyrkowy rzut nad bezradną w powietrzu
Brittney Griner. Zdobywa 29 punktów, co w tamtym momencie jest rekordem
żeńskiego Meczu Gwiazd. W dodatku zostaje wybrana MVP, a jej koszulka meczowa
szybko staje się najlepiej sprzedającą spośród wszystkich koszykarek w lidze.
„Ma mnóstwo
fanów. Celem ligi jest przyciągnięcie jak największej liczby kibiców. Zasięg, który
zapewnia Shoni jest niebywały, w szczególności wśród społeczności rdzennych
Amerykanów” – dodała Laurel J. Richie, prezydent WNBA.
„Showtime Shoni”
gra jednak w zespole Michaela Coopera, który określenie „showtime” zna z czasów
w Lakers i mógłby odmieniać je przez wszystkie przypadki. Może dlatego
niesztampowe zagrania MVP Meczu Gwiazd nie robiły na nim aż takiego wrażenia.
Wspominał o jej kilku brakach, typowych
dla ligowych żółtodziobów, ale także mówił o wielkim potencjale, który w niej
drzemie.
„Granie w WNBA to
zupełnie inna historia niż koszykówka na uniwersytecie. W każdym meczu musisz
być w topowej formie, musisz dawać z siebie wszystko” – mówi w jednej z rozmów
Schimmel, po raz pierwszy od lat zmuszona do pogodzenia się z rolą rezerwowej. „Byłam
zgorzkniała, sfrustrowana, zraniona, zła. Na początku przygody z WNBA
przechodziłam przez wszystkie stany emocjonalne” - zwierzyła się kiedyś Sheryl Swoopes,
legenda wczesnej WNBA, czterokrotna mistrzyni ligi w latach 1997-2000.
Atlanta Dream w
składzie z Schimmel awansowała do playoffs z pierwszego miejsca, ale w
pierwszej rundzie niespodziewanie odpadła z Chicago Sky. W kolejnym sezonie
zespół ze stanu Georgia zainwestował w Schimmel, choć ta przyjechała na okres
przygotowawczy z nadwagą. Trener Cooper jej ufał, na początku wychodziła w
pierwszej piątce, ale jej problemy fizyczne odbiły się na statystykach, które w
porównaniu z debiutanckim sezonem nie uległy zmianie. Szybko powędrowała na
ławkę, grała coraz mniej. Wciąż jednak cieszyła się sympatią kibiców i zagrała
po raz drugi w Meczu Gwiazd. Sezon dla Dream był jednak nieudany, zespół nie
zagrał w post season.
„Skalista winnica nie potrzebuje
modlitwy, tylko kilofa”.
Indianie Navajo
W kwietniu 2016
roku Schimmel ponownie pojawiła się na przedsezonowych treningach z nadwagą.
Trener Cooper nie krył rozczarowania. Jako jedyna z drużyny nie występowała w
przerwie rozgrywek poza granicami USA. Myślała o grze gdzieś w Europie, ale
postanowiła pozostać ze schorowaną babcią, która od lat przechodziła dializy.
Rozgrywająca broniła swojego stanowiska. Za portalem "AJC" z Atlanty:
„Nie każdy gra poza sezonem za granicą. Robią to głównie ci, którzy chcą lub
potrzebują pieniędzy. Dla mnie nie mają one znaczenia. Wolę spędzić czas ze
swoją rodziną. Pół roku w Atlancie to wystarczająco długi okres z dala od
najbliższych”.
Shoni miała za
kim tęsknić. Ma aż siódemkę rodzeństwa, a jej o dwa lata młodsza siostra Jude
grała razem z nią w barwach Cardinals. Indiańskie korzenie Schimmel dały o
sobie znać. Charakterystyczne dla tej mniejszości bardzo duże przywiązanie do
rodziny odegrało istotną rolę w jej dalszych losach na parkietach WNBA. O podejściu
Indian do kwestii finansowych pisał z kolei Joe Whittle z brytyjskiego
„Guardiana”, także wywodzący się z rdzennej społeczności ze stanu Oregon:
„Rdzenna ludność
nie powinna korzystać z pieniędzy. Nigdy nie było nam to dane. Moje plemię żyło
bez nich na tych samych ziemiach od 13 tysięcy lat, ale i tak czuło się
bogatsze ponad wszelkie wyobrażenia. Znaliśmy się na roli, potrafiliśmy polować
, korzystaliśmy z najnowszych rozwiązań stosowanych do połowu ryb, nie
brakowało nam także pomysłów jak spędzać wolny czas. Pomimo tego mieliśmy
jakieś 150 lat by dostosować swój liczący 13 tysiącleci styl życia tak, aby
nauczyć się korzystać z pieniądza”.
Rozdźwięk w
relacjach z trenerem Cooperem był coraz większy. Schimmel została przesunięta
na pozycję rzucającej obrończyni, ale i tu musiała rywalizować z Tiffany Hayes
i Brią Holmes (później obie grały w CCC Polkowice – przyp. red.). „Nie możesz
liczyć na wiele minut na parkiecie, gdy nie jesteś w stanie być w pełni gotowa
do gry” – stwierdził dla "AJC" Cooper.
Miesiąc później,
w maju 2016 roku Schimmel oddano do Nowego Jorku. „Shoni udowodniła, że potrafi
błyszczeć w ważnych meczach. Jestem przekonany, że praca z naszym sztabem
trenerskim sprawi, że rozwinie skrzydła w New York Liberty, grając w Madison
Square Garden. Ona pasuje do naszego stylu. Jej skuteczność z dystansu pozwoli
nam rozciągnąć grę” – powiedział ówczesny prezydent klubu z Nowego Jorku, Isiah
Thomas.
Schimmel
nie przebiła się do rotacji Liberty. Zagrała co prawda w 17 meczach, ale na
parkiecie spędzała średnio tylko niecałe 5 minut. W sierpniu w dodatku doznała
wstrząsu mózgu i do gry w sezonie 2016 już nie wróciła. „To rozczarowujące, że
Shoni traci motywację do pracy między sezonami, wychodzi z formy. To niedobre
nie tylko dla niej, ale i dla tych wszystkich rdzennych młodych Amerykanek,
które brały z niej przykład” – podsumował gorzko Charlie Springer z portalu
„Card Game”, traktujacego o drużynach Uniwersytetu Louisville.
Shoni
potrzebowała resetu. Z powodów osobistych nie grała w sezonie 2017, wróciła do
rezerwatu, gdzie opiekowała się chorą babcią. W kwietniu 2018 roku
zadeklarowała gotowość do pracy, pojawiła się w lepszej formie fizycznej. „Ona potrafi
rzeczy, których właściwie nie jesteś w stanie nauczyć” – komplementowała
Schimmel Katie Smith, trener drużyny z Nowego Jorku. To jednak wciąż było za
mało, po miesiącu okresu przygotowawczego została zwolniona przez Liberty. W
maju szansę dali jej Las Vegas Aces, ale i oni, po ośmiu dniach, pożegnali
koszykarkę z rezerwatu . Magia, którą dzieliła się z kibicami z czasów
Cardinals i Dream gdzieś zniknęła.
„Nie pozwól, by dzień wczorajszy zmarnował zbyt wiele
dzisiejszego”
Indianie Cherokee
Po krótkiej
przygodzie w Las Vegas Shoni spróbowała swoich sił na ławce trenerskiej,
prowadząc żeńską drużynę ze szkoły średniej w rezerwacie z Północnej Dakoty.
Zapragnęła jednak powrotu do gry. Pod koniec czerwca 2019 roku jej nazwisko
pojawiło się na liście startowej Hoopfest, największego na świecie turnieju
koszykówki ulicznej 3x3, rozgrywanego co roku w Spokane w stanie Waszyngton.
Kilka tysięcy zawodników rywalizuje na specjalnie przygotowanych boiskach w
centrum miasta. Złożona z rdzennych Amerykanek drużyna Schimmel zagrała w
kategorii „Elite”. Po porażce w pierwszym meczu Shoni walczyła o przetrwanie w
bezpośrednim pojedynku z ekipą siostry, Jude, z którą grała w Louisville. W
rodzinnym starciu lepsza była Shoni. Prowadzona przez nią drużyna poszła za
ciosem, wygrywając kolejne spotkania i ostatecznie cały turniej.
27-latka znowu
była w swoim żywiole, po ulicznych boiskach biegała z zawadiacko obróconym do
tyłu daszkiem „bejsbolówki” z logo drużyny futbolowej Oakland Raiders. Jak za
dawnych lat cieszyła się koszykówką, punkty zdobywała po rzutach zza łuku, z
odchylenia z półdystansu, czy po dynamicznych wejściach pod kosz. Powrót do
udziału w Hoopfest po jedenastu latach mogła uznać za udany.
W tej chwili wciąż jest wolną agentką, ale czy chce jeszcze wrócić
do WNBA? „Podchodzę do tego spokojnie. Po dwudziestu trzech latach gry w
koszykówkę zasługuję na przerwę. Jest szansa, że sprawdzę się ponownie w roli
trenerki” - zdradziła w rozmowie z „The Spokesman Review”.
„Czasem by
wiedzieć jak wygrać, musisz wiedzieć jak to jest przegrać” – powiedziała przed
kamerami po turnieju, gdy zapytano ją o porażkę w pierwszym meczu. Nie da się
jednak nie odnieść tych słów do jej krótkiej kariery w WNBA. Kariery, która
nigdy nie była dla niej ważniejsza od silnych związków z bliskimi. Powrót do
korzeni okazuje się tu końcowym zwycięstwem, a pogoń za sukcesem w najlepszej
żenskiej lidze świata jest jedynie epizodem, który pozwala dostrzec to, co
naprawdę liczy się w życiu rdzennych Amerykanów.



Komentarze
Prześlij komentarz