O tym, jak pewnego dnia przypadkiem obejrzałem na YouTube koszykarskie Mistrzostwa Europy U-20. Później nic już nie było takie samo. Izrael sięgnął po złoto, a ja postanowiłem sprawdzić, jak do tego doszło.
Dziś śmiało możemy stwierdzić, że Izrael gra w koszykówkę na porównywalnym poziomie do reprezentacji Polski. Ten stan może jednak wkrótce ulec zmianie. Młodzież z Izraela po raz drugi z rzędu zdobyła mistrzostwo Europy do lat 20, a od 2017 roku nie schodzi w tej rywalizacji z podium.
***
Dziś śmiało możemy stwierdzić, że Izrael gra w koszykówkę na porównywalnym poziomie do reprezentacji Polski. Ten stan może jednak wkrótce ulec zmianie. Młodzież z Izraela po raz drugi z rzędu zdobyła mistrzostwo Europy do lat 20, a od 2017 roku nie schodzi w tej rywalizacji z podium.
Zwycięstwo smakuje
lepiej niż humus
„Mur separacji” robi ponure wrażenie. Ma do ośmiu metrów
wysokości, zwieńczony jest drutem kolczastym, a jego docelowa długość to ponad
700 km. Budowa ruszyła w 2000 roku z inicjatywy Izraela, który tłumaczył
konieczność wzniesienia tej zapory względami bezpieczeństwa przed atakami
terrorystycznymi ze strony Palestyńczyków, zasiedlających terytoria na
zachodnim brzegu Jordanu. Mur zdobią malunki, graffiti, przesłania. Na jednej
ze ścian widnieje napis: „Nie wzniecaj wojen, rób humus”.
Humus to znak rozpoznawczy izraelskiej kuchni. Najlepszy
podają podobno w niepozornym lokalu „Abu Hassan” w Jafie, najstarszej części
Tel Awiwu. W lipcu 2019 roku to jednak
nie humus był na ustach Izraelczyków, a koszykarska reprezentacja kraju do lat
20, która po raz drugi z rzędu sięgnęła po mistrzostwo Starego Kontynentu w tej
kategorii wiekowej. Lokalna społeczność odstawiła humus, rozsmakowując się tym
razem w sportowej rywalizacji. Choć na moment koszykówka zastąpiła w nagłówkach
gazet kolejne rakiety, wybuchy i konflikty, o których tak często można
przeczytać w tym niebezpiecznym geopolitycznie regionie. To właśnie w Tel
Awiwie, w wypełnionej po brzegi Shlomo Group Arena, fani oglądali spotkania
swoich ulubieńców, wspierając ich dodatkowo głośnym, często fanatycznym
dopingiem.
Turniej dla Izraela zaczął się źle, od porażki 81:92 z
Serbią. Jak się później okazało, wyjątkowo kiepską Serbią, przedostatnią w
turnieju, spadkowiczem do dywizji B. Porażka na otwarcie zahartowała
gospodarzy, którzy następnie odprawili z kwitkiem Włochów, Ukraińców,
Czarnogórców i Litwinów. Izrael wygrywał pewnie, najniższe zwycięstwo odnosząc
różnicą dziesięciu punktów. Schody pojawiły się w półfinale, gdzie czekała
Francja. Rywale prowadzili 13:4, ale później spotkanie się wyrównało. W
czwartej kwarcie gospodarze wrzucili wyższy bieg, wygrali 81:70. W końcówce
meczu kamera uchwyciła na ławce rezerwowych płaczącego Ludovica Beyhursta.
Gracz SIG Strasbourg był najlepszy po stronie „Trójkolorowych”, zdobył 16
punktów, dorzucił 4 asysty, ale to na niewiele się zdało. Historia się
powtórzyła. Izrael pokonał Francję w półfinale ME U-20 po raz trzeci z rzędu!
W finale gospodarze zmierzyli się z wicemistrzem z 2017 roku
(ME U-18), czyli Hiszpanami. Izraelczycy zdążyli już oszaleć na punkcie swojej
młodzieżowej reprezentacji. Jak poinformowała oficjalna witryna FIBY, komplet
trzech i pół tysiąca biletów rozszedł się w dzień meczu w pięć minut, a kolejne
dwadzieścia tysięcy chętnych by zasiąść na trybunach musiało obejść się smakiem
humusa. Szczęśliwcom z wejściówkami przyszło oglądać kapitalny spektakl.
Obu ekipom nie brakowało skuteczności, zarówno Izraelczycy, jak i Hiszpanie
trafili aż 11 „trójek” (ponad 40 % skuteczności zza łuku!), a wynik długo
oscylował wokół remisu, do przerwy było 42:42. Gospodarze zaczęli „odjeżdżać”
na początku czwartej kwarty i już nie dali się dogonić, wygrywając 92:84. „Nie
sądziłem, że to się może wydarzyć. Moi zawodnicy dokonali niemożliwego” –
powiedział po meczu dla „Jewish News Syndicate” (JNS) Ariel Beit Halachmi,
szkoleniowiec Izraela.
Dla Beit-Halachmiego było to już drugie mistrzostwo Europy
U-20. W ubiegłym roku na niemieckich parkietach ograł w finale Chorwację 80:66.
Jak donosił dziennik „Haaretz”, trener odebrał po finale gratulacje od samego
premiera Izraela, Benjamina Netanyahu, który złożył zespołowi zaproszenie do
swojego gabinetu . 53-letni Beit-Halachmi, przez całą karierę związany z
izraelskimi klubami, udanie kontynuuje pracę Davida-Odeda Kattache, trenera,
który doprowadził Izrael do wicemistrzostwa Europy U-20 w 2017 roku. Izrael ma
więc z kogo wybierać w rocznikach od 1997 do 2000.To dużo więcej niż grupa
wyjątkowo zdolnych Polaków w większości z rocznika 1993, wicemistrzów świata
U-17 z 2010 roku.
Yotam, Lior, Amir i
Miki
Nie zawsze tak było. W przeszłości młodzieżowe reprezentacje
Izraela balansowały między dywizją A i B, zdarzało się jednak też, że zajmowały
miejsca w top 10 na Starym Kontynencie. Świetnie wspominają rok 2004, gdy kadra
U-20 zdobyła w Czechach srebro, a liderem ekipy był rozgrywający Yotam
Halperin, dwukrotny mistrz Euroligi z Maccabi Tel Awiw, który w tych
prestiżowych rozgrywkach zagrał 157 meczów, a w 2008 roku wybrano go do drugiej
najlepszej piątki całej ligi. Później wiódł prym w Eurocup, gdzie dwukrotnie
trafiał do drugiej najlepszej piątki rozgrywek (jako gracz Bayernu Monachium
oraz Hapoelu Jerozolima). W 2005 roku zespół do lat 20 był blisko medalu, bo
zajął w Rosji czwarte miejsce. Drużynę do meczu o brąz poprowadzili kadrowicze
ze srebrnej drużyny: Lior Eliyahu oraz urodzony w Moskwie Anton Kazarnovskiy.
Ten pierwszy później sześciokrotnie wygrywał ligę izraelską, zagrał blisko 200
meczów w europejskich pucharach (w tym 135 w Eurolidze w barwach Maccabi Tel
Awiw oraz hiszpańskiego Caja Laboral). Ten drugi już na turniej jechał jako
mistrz Euroligi z Maccabi, później grał m.in. w Bayernie oraz w mniej znanych
klubach w ligach niemieckiej, rumuńskiej, serbskiej, greckiej i macedońskiej. W
2007 kadra Izraela U-20 była w Europie szósta, a liderami tamtej drużyny byli
doskonale znany z NBA Omri Casspi oraz Yogav Ohayon, który w 2014 roku sięgnął
z Maccabi po mistrzostwo Euroligi.
Po czwarte miejsce w europejskiej rywalizacji dla Izraela
sięgały jeszcze drużyny z 1992 roku (U-22) oraz z 1972 (juniorzy). Podczas tej
pierwszej imprezy Izraelczycy pokonali m.in. Polskę 89:78, a 33 punkty
biało-czerwonym rzucił lider zespołu, Amir Katz (u nas najskuteczniejszy był
Maciej Zieliński). Dwadzieścia lat wcześniej brylował z kolei Miki Berkovich,
najlepszy strzelec turnieju, który później wygrywał też dwa razy Euroligę z
Maccabi, a w 2008 roku został wyróżniony tytułem zasłużonych dla rozwoju tych
rozgrywek. On też dla Polaków w 1972 roku nie był szczególnie łaskawy,
aplikując 25 punktów w zwycięstwie 72:58 (w drużynie z orzełkiem na piersi
występował m.in. Leszek Chudeusz).
Pieluchowy Doncić
Wielki sukces izraelskiego basketu na turnieju w Tel Awiwie
miał wielu ojców i nie miał w sobie nic z przypadku: „Wkroczyliśmy w nową erę w
izraelskiej koszykówce. Tacy gracze jak Omri Casspi i Gal Mekel oraz trener
David Blatt dali przykład izraelskiej młodzieży, że mogą dotrzeć na najwyższy
poziom w tym sporcie, nawet do NBA. Wiara w siebie tych młodych ludzi oraz ich
niewiarygodna etyka pracy, która przychodzi wraz z wielkimi marzeniami, zrobiły
różnicę” – stwierdził dla „JNS” Tamir Goodman, izraelsko-amerykański były
koszykarz, barwnie nazywamy „Żydowskim Jordanem”. Ekipa Beit-Halachmiego
świetnie odnalazła się w nowoczesnym baskecie, grając bez klasycznego centra
(najwyższy, mierzący 205 cm Tomer Levinson był poza rotacją) i rozciągając grę
rzutami dystansowymi – w samym finale do kosza zza linii 6,75 m trafiło aż
sześciu graczy. Do uniwersalności dorzucili efektywne korzystanie z kontrataku,
twardą, wymuszającą straty obronę oraz bardzo dobrą grę „jeden na jeden”. To
właśnie wyszkolenie techniczne pozwoliło wejść na wyższy poziom. O istocie gry
„jeden na jeden”, z którą wciąż mają kłopoty młodzieżowe reprezentacje Polski
(kadra U-20 spadła do dywizji B) mówił swego czasu Radosław Hyży w wykładzie
„Czy my naprawdę uczymy grać w koszykówkę?”, który można wciąż obejrzeć na
YouTube.
Tegoroczny sukces to świetna kontynuacja pracy z czteroma
złotymi medalistami z 2018, ale już bez Yovela Zoosmana z Maccabi (rocznik
1998), któremu wróży się karierę na poziomie europejskim. Przed rokiem był
kluczową postacią młodzieżowej kadry, w finale z Chorwacją zdobył 17
„oczek". Nowym, pełnoprawnym liderem drużyny Izraela U-20 został więc
ledwie 18-letni Deni Avdija, przyboczny Zoosmana ze złotej drużyny 2018, a
teraz MVP całego turnieju, w finale z Hiszpanią autor 23 punktów, 5 zbiórek, 7
asyst i 3 efektownych bloków, gdy chronił obręcz przed penetrującymi z piłką
rywalami. Avdija mierzy 205 cm wzrostu i może grać na pozycjach od
rozgrywającego do silnego skrzydłowego. Urodzony w 2001 roku koszykarz potrafi
trafić z dystansu, wejść pod kosz, imponuje przeglądem pola, ma feeling do gry obronnej (przechwyty,
bloki). Historia utalentowanego Izraelczyka przypomina nieco tę Kenana
Sipahiego. Turecki rozgrywający, tak jak ojciec Deniego, Zufer Avdija,
przyszedł na świat w Prisztinie. Sipahi, podobnie jak teraz młody Avdija,
bardzo szybko się rozwijał. W 2011 roku zachwycał swoją grą w Mistrzostwach
Europy U-18 we Wrocławiu, gdzie jako 16-latek poprowadził Turcję do brązowego
medalu. Później, już w swoim roczniku, sięgnął po złoto i zgarnął nagrodę MVP
turnieju na Łotwie. Choć trudno mówić o tym, że Sipahi nie wykorzystał swojego
potencjału (gra w lidze hiszpańskiej, wcześniej reprezentował m.in. Fenerbahce i
Besiktas), to wydaje się, że zapowiadał się na gracza co najmniej euroligowego
pokroju. W tych rozgrywkach zagrał co prawda w 46 meczach, ale w niewielkich
rolach, ostatnio w 2016 roku. Jego historia jest drobnym ostrzeżeniem dla
talentu Avdiji.
Jeden z portali określił 18-latka z Izraela mianem „diaper
Doncić”, czyli nieco skromniejszą, „pieluchową” wersją gracza Dallas Mavericks.
Avdija to duży talent, ale nie brakuje u niego elementów koszykarskiego
rzemiosła wymagających znacznej poprawy (chodzi m.in. o podejmowanie niewłaściwych decyzji na parkiecie lub rzut po koźle). Młody
Izraelczyk jest zresztą świadom swoich słabości i nie przestaje nad nimi
pracować. W ćwierćfinale z Litwą trafił tylko 3 z 8 rzutów wolnych. Po meczu
nie ruszył jednak w stronę hotelu. Poczekał aż wszyscy opuszczą halę i w stroju
meczowym wrócił na parkiet, by szlifować ten element gry. Gdy oddawał kolejne
rzuty zegar na hali wskazywał godzinę 23. Na efekty dodatkowej pracy nie trzeba
było długo czekać – w półfinale z Francją Avdija trafił 12 z 14 rzutów z linii.
Koszykówkę Deni ma we krwi, wspomniany wyżej tata przez
ponad dekadę występował w Crvenie Zvezdzie Belgrad, w 1982 roku zdobył z kadrą
Jugosławii brązowy medal mistrzostw świata. Bałkański charakter Zufer przelał
na syna, który w decydujących momentach meczów brał ciężar gry na siebie. Tak było w finale, gdy w czwartej kwarcie, przy
stanie 72:63, kapitalnie zablokował pod koszem Sergiego Costę, a potem dobił
Hiszpanów celną „trójką” na 80:67. Najgłośniejsze zagranie zaprezentował jednak
w samej końcówce meczu, gdy wszedł pod kosz i wykończył akcję and one, po czym podszedł do ławki
rywali i wykonał gest salutowania. Wydaje się, że był on skierowany do
znajdującego się na trybunach ojca, choć inaczej odebrali to Hiszpanie,
wściekli na Avdiję i gotowi rzucić mu się do gardła. Warto podkreślić, że urodzony w niewielkim
kibucu nad Jeziorem Galilejskim koszykarz ma już spore doświadczenie. Przed
rokiem sięgnął po tytuł MVP na prestiżowym campie Basketball Without Borders,
oraz dostawał solidne minuty w euroligowym Maccabi Tel-Awiw. Avdiji wróżą wybór
w loterii draftu do NBA w tym roku. Do tej pory jedynym Izraelczykiem wybranym
w pierwszej rundzie był wspomniany już Casspi, który do ligi trafił z 23
numerem.
Deni Avdija i Pini Gershon
Żołnierze pod koszem
Żołnierze pod koszem
„Mogę śmiało powiedzieć, że w tej drużynie nie ma MVP. Nie
chodzi o przesadną skromność, taka po prostu jest prawda. Nie ma znaczenia, kto
zdobywał punkty i w którym momencie meczu. Ciążyła na nas ogromna presja, ale
dzięki wsparciu ze strony moich kolegów z drużyny, którzy podtrzymywali mnie na
duchu po trudnym meczu z Serbią, zdołaliśmy sięgnąć po tytuł przed własną
publicznością” – zdradził Avdija w rozmowie z „The Jerusalem Post”.
W słowach Avdiji (w całym turnieju śr. 18.4 pkt, 8.3 zb i
5.3 as) jest dużo prawdy, bo drużyna Izraela U-20 była wyjątkowo zbilansowana.
Obok 18-letniego skrzydłowego wyróżniał się przede wszystkim dynamiczny
rozgrywający Yam Madar. Wybrany do najlepszej piątki turnieju filigranowy
walczak jest o rok starszy od Avdiji, występuje w Hapoelu Tel-Awiw, a w
turnieju finałowym notował śr. 15.9 pkt, 3.1 zb i 7.7 as. Madar zresztą był współlokatorem Avdiji
podczas mistrzostw. Pomiędzy tym duetem widać boiskową chemię, zwłaszcza gdy
wzajemnie obsłużali się fenomenalnymi podaniami w kontrach. „Jestem bardzo
dumny z Yama. Uwielbiam patrzeć na to, co on wyprawia na parkiecie. Trudno
byłoby znaleźć lepszego rozgrywającego” – powiedział dla oficjalnej strony
turnieju Avdija.
W narażonym na konflikty zbrojne Izraelu służba wojskowa
jest obowiązkowa. Ten fakt wydaje się nie bez znaczenia, bo Avdija i Madar
zostali otoczeni grupą charakternych boiskowych „żołnierzy” tj. Eidan Alber,
Raz Adam, Yotam Hanochi i Yair Kravits. Do tego w najważniejszym momencie dużo
zespołowi dali wcześniej mniej widoczni Amit Suss i Tomer Porat. Ten drugi
trafił na początku trzeciej kwarty finału z Hiszpanią ekwilibrystyczny rzut zza
tablicy. W starciu o tytuł Porat zdobył 11 punktów, czyli tyle ile… w
pozostałych sześciu meczach turnieju razem wziętych.
„Towarzyszy nam teraz wielka radość ze zwycięstwa. Wraz ze
swoim hotelowym współlokatorem, Yotamem Hanochim, układaliśmy sobie ten moment
w głowach setki razy. Nie mogę uwierzyć, że nasze wyobrażenia się
urzeczywistniły” – dodał po meczu z Hiszpanami Kravits, mistrz Europy U-20
także z 2018 roku.
Pini nie wierzy,
Polska w tarapatach
Radości po końcowej syrenie nie było końca. Avdija podszedł
do trybuny, gdzie uściskał go wyraźnie dumny ojciec. „Dziękuję rodzicom, że
nauczyli mnie być zwycięzcą. To ich zasługa, wiele im zawdzięczam” – przyznał
MVP turnieju dla „The Jerusalem Post”. Na tych samych łamach wtóruje mu Madar:
„Tak bardzo tego pragnęliśmy (…) Ciężko pracowaliśmy na ten
drugi tytuł, który jest spełnieniem marzeń. W drużynie nie ma wybujałych ego.
Zrozumieliśmy, że grając razem sprawimy, że cały zespół będzie lepszy, na
parkiecie łączyła nas naturalna więź. Naprawdę uwielbiamy spędzać ze sobą czas,
nawet poza boiskiem. Wydaje mi się, że miało to wpływ na naszą postawę podczas
turnieju”.
Na jednym z ujęć Madar tonie w uścisku Piniego Gershona,
menadżera reprezentacji. Mocno już siwy, grubo po sześćdziesiątce Gershon
wydaje się oszołomiony. Wypuścił ciężko powietrze, pokręcił głową z
niedowierzania, jakby wciąż nie docierało do niego, co osiągnęła ta grupa
młodych ludzi. A w swoim koszykarskim życiu widział przecież wiele. W
przeszłości jako trener dwukrotnie triumfował z Maccabi w Eurolidze, raz w
Suprolidze, ośmiokrotnie wygrywał rozgrywki w Izraelu z dwoma klubami.
“Wow! Minęło sporo czasu od kiedy po raz ostatni
emocjonowałem się tak dobrą grą kadry do lat 20, wygrywającej z najlepszymi
drużynami Europy” – zaznaczył w „JNS” Tal Brody, który w 1977 roku poprowadził
Maccabi Tel Awiw do pierwszego triumfu w Eurolidze.
W 2015 roku Izrael mierzył się podczas Eurobasketu z
biało-czerwonymi. Pamiętam jak oglądałem ten mecz na rzutniku w jednym z
wrocławskich lokali. Było to starcie
dwóch równych zespołów, w dramatycznych
okolicznościach lepszy okazał się rywal, wygrywając 75:73. W Gliwicach, w meczu
el. Mistrzostw Europy 2022, Izrael udowodnił, że historia lubi się powtarzać,
pokonując Polskę ponownie, tym razem 75:71. Termin spotkania wykluczył
koszykarzy euroligowych. Nie było więc Zoosmana i Avdiji, a wchodzący do
zespołu Madar przesiedział mecz na ławce rezerwowych. Bardzo zdolne pokolenie
izraelskich koszykarzy nie przestanie pewnie naciskać starszych kolegów i może
sprawić, że mecze z tą nacją w najbliższych latach będą dla naszej kadry
jeszcze większym wyzwaniem niż obecnie.
grafiki na podstawie fot. FIBA


Komentarze
Prześlij komentarz